Komercyjnie o branży gier

O napisaniu tegoż myślałem jakiś czas. Powstrzymał mnie fakt, że podjąłbym temat swoistego tabu. Podjęcia się czegoś o czym zwykle nie mówi się głośno. Raz, że nie ma do tego konkretnego powodu. Dwa, że jak nic pewne będą kontrowersje, które mogą podzielić zgromadzoną społeczność co już raz miało tutaj miejsce. Stąd miałem nawet chwilę wahania, czy nie zablokować komentarzy. Jednak wierzę w społeczność licząc na rzeczową dyskusję. Dyskusję o tym o tym jak wygląda prowadzenie takiej strony jak Board Times i dlaczego niektóre sklepy strzelają sobie w stopę zaniedbując marketing.

Skąd pomysł na Board Times?

Zwykle dzieje się to w chwili, gdy zdajesz sobie sprawę, że masz do powiedzenia coś więcej i nie wystarcza Ci już zwykłe forum internetowe. Tworzysz, więc własnego bloga. Tak jak “Zrodzone z pasji” w moim przypadku. Miałem potrzebę podzielenia się własnymi przemyśleniami na temat projektowania gier. W pewnym stopniu nawet mi się to udało. Pisywałem jednak rzadko, bo zresztą temat nie jest na tyle nośny, by robić to częściej niż raz w miesiącu. Ostatecznie jego wnętrze pokrywało się kurzem, ale doświadczenie nabyte na prowadzeniu własnego bloga pozostało. Podobnie jak obsługa bloggera, który polubiłem za jego prostotę i relatywnie sporą elastyczność. Wiedząc to wszystko postanowiłem, że powstanie “Board Times”. Miało to bezpośredni związek z realizowanym od dłuższego czasu planem, którego stał się częścią.

Zwerbowałem załogę, potworzyliśmy trochę treści na zapas, a w międzyczasie wspólnie z Bri staraliśmy się nadać stronie ostateczny kształt. Ostatecznie stało się tak, że nasze wizje odbiegały od siebie na tyle, że skończyło się to separacją i stworzeniem bloga “Czas na planszówki”. Wystarczy spojrzeć na datę ostatniej aktualizacji, by przekonać się z jakim skutkiem.

Początki były trudne. Nikt nie traktował nas poważnie uważając, że skończymy jak dziesiątki stron przed nami, które również snuły wielkie plany, a kończyło się na wpisie powitalnym. Jednak odróżniała mnie od nich jedna rzecz – nie jestem facetem o słomianym zapale. Rezygnuje z czegoś tylko wtedy, gdy widzę, że się pomyliłem i dalsze byłyby brnięciem w ślepą uliczkę. W przypadku “Board Times” sprawa wymagała czasu i była rozwojowa, więc nie szczędziłem czasu, ani wysiłku. Pierwszym przełomem było pozyskanie pierwszej gry do recenzji. Znaczyło to, że jesteśmy na dobrej drodze, a wysiłki całego zespołu nie poszły na marne. Od tego momentu było już tylko coraz lepiej. Ale ów zespół nigdy nie robił tego za darmo. W pierwszych miesiącach płaciłem z własnej kieszeni. W chwili, gdy piszę ów słowa udało się wypracować taką pozycję i liczbę odsłon, która pozwala, by strona na siebie zarabiała i po opłaceniu redaktorów nawet coś zostało. Jednak lwią część tego i tak inwestuję w rozwój strony. Odpowiadając, więc na pytanie, czy redaktor naczelny coś na tym zarabia: tak, ale pakuje to dalej. Sadzi nasionka, które w przyszłości zakiełkują. A skoro to już sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść do meritum.


MERITUM

Nie czekam na potencjalnych reklamodawców. To znaczy jest sobie zakładka, w którą każdy może wejść i ewentualnie nabyć reklamę. Ale między Bogiem a prawdą, gdybym sam nie pisywał propozycji, zapewne jedyną formą reklamy byłby Adtaily [patrz prawa strona ekranu]. Chcę przez to powiedzieć, że choć zapewniam doskonałe narzędzie marketingowe, którym można się ogłaszać [a ceny są na każdą kieszeń], tak niezrozumiała jest dla mnie ogólna stagnacja w segmencie reklamowym w ogóle.

Na rynku mamy dziesiątki pomniejszych sklepów, które bytują chyba na zasadzie “jakoś to będzie”. Żyją w przekonaniu, że klienci sami do nich trafią. Otóż moi drodzy – skąd mieliby o nim wiedzieć? Dobrze wypozycjonowane będą trwać w pierwszych wynikach wyszukiwania, a tanio swojej skóry nie sprzedadzą. Że wrzucicie raz na jakiś czas notkę na forum? Do tego działu zaglądają nieliczni. Swoiste getto, które poluje wyłącznie na świetnie promocje, które często są czyszczeniem magazynu z towaru poniżej ceny zakupu z hurtowni. Prawda jest brutalna: pieniądze robi się na efekcie skali i osobach dopiero wkraczajacych do świata planszówek. Takich, które nie sugerują się ceną, ale tym, że ktoś im Was polecił, albo jesteście pierwszym sklepem na jaki trafili. A do tego trzeba właśnie reklamy. Nie powalczycie, więc może ze sklepem na literkę R, który ma pozycję tak silną, że może sobie pozwolić na prawie najwyższe stawki w sieci, ale brak jakichkolwiek działań też będzie dla Was bombą z już palącym się lontem. Weźcie, więc sprawy w swoje ręce.

Ja wiem, że pisząc to wszystko robię to pośrednio dla siebie. Ale hej – są też inne miejsca, w których możecie się przecież reklamować. Nie o pieniądze tutaj, bowiem chodzi, bo:

– Można reklamować się na zasadzie “coś za coś” bez udziału nawet jednej złotówki.
– Pisząc to wszystko wyrzucam z siebie po prostu to co męczyło mnie od dłuższego czasu, a mianowicie pewne niezrozumienie dla zachodzących w świecie zjawisk.

Ostatecznie cieszę się, że na ów tekst jednak się zdecydowałem. Pozbyłem się ciążących mnie przemyśleń, które tkwiły mi w głowie od dłuższego czasu. A, że za cenę potraktowania tego wpisu w sposób niejednoznaczy? Trudno. I tak już dawno trafiła do mnie plakietka z napisem “kontrowersyjny”.

Ps. Więcej o rynku planszówkowym można poczytać tutaj. Na wszystkie interesujące pytania chętnie odpowiem. Zalążki nierzeczowej dyskusji i brzydkiego zachowania będą kasowane. Have a nice day everyone.