Święta idą…

Okres mojego pobytu u rodziny w święta oznacza, że pojawię się z torbą pełną gier i będę kolejno odrywał domowników od telewizora, aby wspólnie spędzić ten czas na graniu. W ostatnie dwa dni musiał paść jakiś nieformalny rekord, bo jedyną przerwą od tegoż były chwile, gdy wychodziłem na spacer z moimi trzema psami, albo zasiadaliśmy przy stole, by skosztować świątecznych potraw. Głównym daniem okazały się być jednak właśnie planszówki. Wśród nich “Belfort”, “City of Horror”, “Konwój”, “Agricola: Chłopi i ich zwierzyniec”. Swoje wrażenia z obcowania z tymi tytułami skracam do krótkiego rzutu okiem, a recenzji doczeka się tylko “City of Horror”, której w polskiej blogosferze jeszcze zwyczajnie nie ma.

I to właśnie od tego tytułu zaczniemy.

CITY OF HORROR: losowe, zdające graczy na łaskę/niełaskę pozostałych, pozostawiające relatywnie niewielki wpływ na ogół zabawy. Ale chaos jaki generuje stanowi jej ogromny plus. Tym większy, im więcej osób bierze w zabawie. Negocjacje są kluczem do zwycięstwa; nie ma tutaj miejsca na samotne działania, bo te są z góry skazane na porażkę w obliczu ilości zombie, które prędzej czy później zawsze kogoś zeżrą. I w naszym interesie jest przekonać pozostałych, abyśmy nie byli to właśnie my. Tom Vasel rozpływał się nad nią w zachwytach. Ja jeszcze swój entuzjazm powstrzymam póki nie pogram w większym gronie.

KONWÓJ: Ignacy Trzewiczek udowadnia, że tworzy gry skrojone pod mój gust. To druga jego produkcja, zaraz po “Stronghold“, która zajęła szczególne miejsce w moim sercu. Co prawda ktoś powinien mu wlać za nieprzemyślaną kwestię nadmiaru ikonek i braku karty pomocy, która powinna znaleźć się w pudełku, ale nie rzutuje to w żaden sposób na fakt, że sama gra jest BARDZO taktyczna, a to jedna z tych rzeczy, których mi w planszówkach brakuje. Zresztą moje zdanie podziela znów Tom Vasel.

BELFORT: tytuł o którym tyle słyszałem i czytałem. Rafał nakręcił nawet jej video-recenzję, której ja i moi współgracze mogą przytaknąć – nie ma w niej nic nowego. Ten kto z niejednego pieca chleb jadł i niejeden worker-placement ograł, ten stwierdzi dobitnie, i słusznie zresztą, że nie ma tutaj w zasadzie nic nowego. Można co prawda mówić, że to w rzeczywistości area-control, w którym znaczenie ma fakt kiedy, gdzie i co budujemy, ale stosunku do całej zabawy to nie zmienia. Zwłaszcza w obliczu faktu, że cała reszta jest wyjątkowa odtwórcza. Jako, że nie popełnię już jej recenzji, daję jej w naszej skali mocne 3/5. Zaś osoby, które dopiero swoją przygodę z planszą zaczynają, powinny podnieść ją o jedno oczko.

AGICOLA: CHŁOPI I ICH ZWIERZYNIEC: pomyśleć, że jeszcze przed chwilą narzekałem na ten gatunek. Agricola jest jego doskonałym przykładem, a przy tym lepszym od opisywanego wcześniej “Belforta”. Dlaczego? Przez wzgląd na miniaturyzację. Rozkłada się błyskawicznie, całą partię można zamknąć w 20 minutach, a przy tym nie posiada krzty losowości. Te cechy kładą na łopatki poprzednio opisywany tytuł czyniąc go czymś co znakomicie sprawdzi się przy porannej kawie, albo jako prezent dla grających par.