Gry, które widziałbym jako planszówki #2

Jestem graczem. Ale takim prawdziwym z krwi i kości, bo pierwsze kroki stawiałem jeszcze za czasów konsol, które dziś nie potrafię nawet nazwać. Pamiętam legendarne logo Commodore 64, żonglowanie dyskietkami przy Amidze, gdy ładował się nowy poziom, pierwsze zachwyty nad PSX’em, ogrywanie tuż po premierze PS2 …

Poświęciłem nawet temu dwa interesujące wpisy, które przeplatały oba te światy. W jednym z nich podjąłem się ich pojedynku. W drugim zaś rozważałem, które tytuły warto byłoby przenieść na planszę. Panie i panowie – przed Wami część druga.

1) Bioshock – właściwie już został zapowiedziany, a jego zapowiedź można przeczytać tutaj. W życiu nie dałbym wiary, że strzelanka z bogatą warstwą fabularną może z sukcesem zostać zaadaptowana na potrzeby mechaniki gry planszowej. Autorzy wykazali się jednak kreatywnością, bo całość stała się strategią, ale z bardzo interesującym elementem fabularnym. Otóż na nasze działania wpływa główny bohater tej odsłony, którym steruje sama gra. Malusi człowieczek, który psuje szyki nam, bądź naszym oponentom. Coś jak Conan w “Age of Conan: The Strategy Board Game“.

2) Tomb Raider – ostatnia przygoda Lary okazała się być fantastyczna; połączone elementy survivalu z walką i eksploracją zadziałały dając w efekcie świetną przygodę; przygodę jaką chciałbym doświadczyć na planszy. Co prawda mamy “Robinsona Crusoe” od Portalu, ale to trochę inna skala i doświadczenia. Nie odmawiam jej bycia fajnym tytułem, ale oferuje wyraźnie inny pakiet wrażeń od tego co otrzymałem w nowej odsłonie Lary Croft.

3) The Settlers – gra, której korzenie sięgają jeszcze czasów Amigi. Namiastkę tego oferują “Osadnicy z Catanu”, których nikomu przedstawiać nie trzeba. Jednak nawet poszerzone o dodatki nie mają najważniejszego, czyli mechanizmu przepływu surowców. Mam na myśli sytuację, gdy stawia się całą linię produkcyjną. Zbożem wykarmiamy świnię, która następnie trafia do rzeźnika, a stamtąd wprost na stół tawerny, by nakarmić brzuchy wygłodniałych robotników. Podjąłem się próby przeniesienia “Settlersów” na planszę. Całkiem udanej, ale na razie sprawdzoną jedynie w trybie dla dwóch graczy.

4) Diablo III – robiąc swoim czytelnikom żart stworzyłem również koncepcję, która moim zdaniem miałaby całkiem sporo szansę na odniesienie sukcesu. Za całość nie wziąłem się jednak na poważnie, co nie oznacza jednak, że do szkicu nie wrócę

5) Battlefield – seria, która od swojej drugiej odsłony opiera się na 64-osobowym trybie multiplayer. Nie mam bladego pojęcia jak nawet się za coś takiego zabrać. Oczywistym wydaje się być co prawda fakt, iż należałoby przyjąć, że będzie to strategia dla dwóch graczy kontrolujących przeciwne armie, ale od tego punktu stałbym w miejscu nie wiedząc jak ruszyć dalej. Oczywiście, aby oddać ducha serii, bo nie sztuką jest kupić licencję, wziąć mechanikę “Memoir 44” i nazwać to planszową adaptacją tego zacnego FPS’a.

6) Splinter Cell – mój odwieczny wróg: system skradania w grach planszowych. Uwielbiam serię z Fisherem w roli głównej, ale moje próby znalezienia mechaniki odzwierciedlającej zabawę w kotka i myszce spalały na panewce. Ale gdyby tylko pojawiła się informacja, że licencję pozyskał znany projektant, byłbym pierwszym, który złożył;by zamówienie przedpremierowe i brał udział w każdym etapie produkcji.