Slavika – studium przypadku

Tytuł ten, jak mało który w Polsce, budzi sporo skrajnych emocji. Obok zarzutów, które są wspólne [nieprzewidywalny czas rozgrywki], wszystko inne dzieli. Sam znajduję się w tym obozie, który uważa, że efekt prac Marcina Wełnickiego, wypadł zaskakująco dobrze. Nie czekałem i nie śledziłem, ale gdy już przyszło mi w nią zagrać, byłem mile zaskoczony. To właśnie dziś, czytając jeszcze ciepłą recenzję na stronie “Świata Gier Planszowych”, zdałem sobie sprawę z istnienia owych obozów. “De gustibus non est disputandum” jak mówi stare, łacińskie przysłowie, które znacie jako “o gustach się nie dyskutuje“. Niby owszem, ale z pewnymi zarzutami po prostu nie sposób się zgodzić.

Otóż charakter zabawy jest taki, a nie inny. Na wskroś interakcyjny, bardziej premiuje zdolność do przekonywania innych i stawiania siebie poza krąg przysłowiowego “chłopca do bicia”. Nie odebrałem tego jako wady, ale “ficzer”; taki był zamysł autora i nic traktujmy tego jako coś wadliwego mechanicznie. Innymi tytułami o podobnej interakcji jest np. “Munchkin”, czy “City of Horror”. To po prostu swoisty podgatunek.

Nie rozumiem również zarzutu odnośnie braku balansu potworów. Jakiż wtedy byłby sens, aby zwykły Germanin [czy kim on tam był] stał w tym samym rzędzie co taka strzyga, albo wąpierz? Całość wydała mi się na tyle zbalansowana [a grałem w każdej konfiguracji minimum raz], iż nijak to nie przeszkadzało. Wynikało to również z faktu, że gracze dążyli do bycia w KAŻDEJ krainie, aby uszczknąć z niej choć trochę punktów. A nawet jeśli dążyli do zniszczenia innych klanów dorzucając tam istotnie potężne monstra – cóż, zdarzało się, że mogli tak zrobić. Jednak to na ogół rzadkość, bo nasi wojacy raczej bez większego trudu wygrywali większość starć.

Nieprzewidywalny czas gry? Owszem, okropna wada, którą autor zarzekł się naprawić w dodatku. Jednak pamiętajmy, że to nie gra konsolowa i nie musimy sztywno przestrzegać jej reguł; nic nie stoi na przeszkodzie, by tą niedogodność naprawić samemu ustanawiając np. konkretną liczbę tur odliczaną kartami.

I rzecz ostatnia: autor wyraził się, że wymiotuje “Cytadelą” Bruno Faiduttiego. A przecież charakter rozgrywki “Slaviki” jest również do niej podobny. Nie recenzuję gier z gatunku, którego po prostu nie lubię, aby jej niesłusznie nie krzywdzić. Inna sprawa, gdyby autor wcześniej dowiedział się z grą jakiego rodzaju miałby do czynienia. Wtedy nie musiałby pisać nagłówków pokroju “Slavika, czyli o wyższości marketingu nad rozsądkiem“. Rebel solidnie testuje gry nim zdecyduje się na ich wydanie. I fakt, że gra jest “słowiańska” w każdym aspekcie, ma tutaj całkowicie drugorzędne znaczenie, a łapanie się na lep w postaci filmów bez wcześniejszego rozeznania na forach o tym jaka jest naprawdę, świadczy tylko o zwykłym lenistwie.