Kilka spostrzeżen na temat rynku gier planszowych.

Jeszcze kilkanaście lat temu nasze hobby stanowiło niszę dla wybranych. Gry były przesadnie drogie, bo eksportowano wówczas pojedyńcze egzemplarze, a krąg odbiorców nie był tak szeroki. Za sprawą firm, które przetarły szlak, dziś możemy cieszyć się coraz powszechniejszym dostępem do NOWOCZESNYCH gier planszowych. Które wciąż budzą emocje, ale innego rodzaju. Wielu, bowiem zarzuca im wciąż zbyt wysokie ceny, hamujące rzekomo rozwój branży. Czy tak jest naprawdę?

Po pierwsze – nie ma czegoś takiego jak zbyt drogo/zbyt tanio z rynkowego punktu widzenia. Dana rzecz może kosztować tyle, ile zażyczy sobie za to sprzedawca. Stąd dziwią mnie atakowanie sklepów, którzy przyjęli sobie taką politykę cenową. Zgodnie z zasadą “nie chcesz, nie kupujesz”, nie musisz z ich usług korzystać. Jedyni, którzy mogą być stratni w związku z tym są osoby, które promocji nie szukają. W dobie ceneo, czy nokaut.pl świadczy o lenistwie, braku czasu, albo wynika z własnego wyboru. Nikt nie powinien się więc czuć oszukany, bo dostaje się tyle, ile wysiłku w to włożymy. Co więcej, mając za sobą doświadczenie w prowadzeniu sklepu, gorąco zachęcam do unikania kupowania czegoś po taniości. Dlaczego?

Obecnie na koszt wydruku wpływa liczba egzemplarzy [im więcej, tym niższa cena jednostkowa]. Liczba bierze się zaś z chłodnej kalkulacji – trzeba uwzględnić kto jest targetem gry [im łatwiejszy tytuł, tym więcej potencjalnych odbiorców], okres, bo wiadomo, że święta to gorący okres, promocję, gdyż część musi zostać przeznaczona dla recenzentów etc. To wszystko wymaga mnóstwa energii – wiem to, bo mówię to z autopsji. I każdego przedsiębiorcę rozumiem. Wszak każdy, prócz satysfakcji, chciałby, aby włożony w to trud się zwrócił. A nie ma nic bardziej zachęcającego do inwestowania, niż dochodowość całego przedsięwzięcia. W tym celu gra musi swoje kosztować, tym bardziej, że część sporą część przychodu należy przeznaczyć dla prowizji dystrybutora, marketing etc.

Stąd wychodzi nam następujące równanie: oczekiwania wydawcy – oczekiwania klientów. Zmuszeni są dostosować cenę do wymogów rynku, a ten obecnie akceptuje przedział 100-150 złotych, ale powyżej to już skandal i rozbój w biały dzień. Problem w tym, że często nasza marża może wahać się wręcz na granicy opłacalności. Co zrobi zatem przedsiębiorca? Zwinie interes. Stwierdzi, że chleba z tego nie będzie, toteż zajmie się czymś, czym wykarmi rodzinę. Jasne, też chciałbym, aby gry były dodawane do płatków śniadaniowych, albo koszy z tanimi produktami w Biedronce, ale rozumiem realia rynkowe. A te są jasne – aby branża się rozwijała, muszą pojawiać się pieniądze. Kupując, więc gry w najniższych cenach, nie tylko nie pozwolimy zarobić sklepowi, w którym to nabyliśmy [bo jego przychód będzie minimalny, albo dumpingowy], ale też stale zmieniać będą się oczekiwania względem tego ile powinna kosztować. Spójrzcie na sklepy internetowe. Niemal co drugi dzień powstaje kolejny, ale podwoje stawia na prochach poprzednich.

Swoistą amortyzacją tego faktu jest być może fakt, że stają się dzięki temu coraz powszechniejsze. Być może, bo rodzice względem swoich pociech nie kierują się ceną [spójrzcie na np. zabawki], a młodzieży w głowie trochę inne potrzeby. Różnica 20-30 złotych na tytule przeciętnemu użytkownikowi planszówek, więc nie powinna stanowić większej różnicy. Co innego dla wydawnictwa, który te drobne kwoty mnoży wielokrotnie, zmieniając się w takie, które zachęcą go do dystrubucji zagranicznych tytułów, polonizowania ich, albo wręcz tworzenia polskich edycji. To zaś buduje społeczność, powiększa bazę graczy, czego najlepszym dowodem jest gigantyczna popularność np. GRAMY, które wedle statystyk ugościło ponad 5000 gości. Warto więc przestawić swój punkt widzenia. Ze skąpstwa i kierowania się wyłącznie własnym interesem, na to, że każda wydana złotówka wspiera rozwój branży. Tej, do której przynależymy, a która w przyszłości nam się za to pięknie odpłaci.