Ventura – czyli średniowieczne Włochy areną starć.

Fantasy Flight Games zajmuje się grą osadzoną w tych realiach? Musiałem zobaczyć to na własne oczy. Zapoznawszy się z instrukcją i wszelkimi materiałami jakie wiszą w sieci, stwierdzam, że gra zapowiada się na tyle interesująco, że podzielę się wszystkim co wiem z Wami.

Grę oparto na bitwach – prosto z mostu, aby było jasne, czy będziemy chcieli dalej przebijać się przez tekst, wiedząc, że i tak nie stanowimy jej targetu. Ale hej, poszerzanie horyzontów nikomu nie zaszkodzi.

Zasady są naprawdę proste – na początku w fazie setupu, rozstawiamy z kafli początkową planszę. Wygląda więc siłą rzeczy każdorazowo inaczej, zapewniając odmienne wrażenia z partii na partię. Ponadto kafle terenu są zróżnicowane i opisuje je szereg współczynników takich jak koszt przemarszu, obronność, przychody w wypadku kontroli i wpływu na walkę. A w grze na niej oparte to bardzo ważne.

Dalej mamy do czynienia z syndromem natłoku faz – łącznie występuje ich trzynaście, każda z własnymi czynnościami jakie możemy wykonać w trakcie ich trwania. Pominąwszy szczegóły będziemy mogli w czasie ich trwania pobierać podatki, rekrutować wojska, zarabiać punkty zwycięstwa i wiele innych, wciąż jednak podporządkowanych walce czynnościach. Bo to ona gra tutaj główną rolę.

W celu jej rozstrzygania posiadamy szereg kart -tytułowych Capitani di Ventura, czyli postaci historycznych przewodzącym naszym wojskom [a których śmierć jest możliwa i zmusza do usunięcia jej do pudełka], czy zwykły rodzaj wojsk posegregowany wg. kategorii: pikinierzy, kusznicy, artylerzyści, kawaleria i wiele, wiele charakterystycznych dla tego okresu jednostek. Wszystkie suto opasane współczynnikami.

Co zapewnia świeżość? Plansza bitewna. Ponumerowana od I do V. Tuż nim wystrzelone zostaną pierwsze strzały, a miecze dosiągną naszych wrogów, wystawiamy NIEJAWNIE, rewersem do góry karty na tych numerach. To znaczy te należące do grupy, która ów atak przeprowadza.

Jednocześnie odsłaniamy karty na jedynce – oznacza ona bowiem pierwszy szereg. Najpierw rozstrzygamy starcie na dystans, a dopiero potem przechodzimy do regularnej bitki. Gdy oddział z “jedynki” polegnie, zastępuje go ten z dwójki. Sam zamysł pozostawia spore pole do popisu dla wyobraźni, gdy zestawić to z faktem dużego zróżnicowania wojsk, a także licznych cech specjalnych, w tym zapewnianych przez kapitanów.

Fajnie, że nikt nie próbuje oszukiwać, że chodzi tu coś więcej, aniżeli zwykłą młóckę. Ekonomia została sprowadzona do minimum, a zasiadając do stołu należy odłożyć subtelność i sympatię do drugiej osoby na rzecz faktu, że zwycięstwo prowadzi przez krew. Ale takie gry też są potrzebne, by dać wyraz tkwiącego w nas męskiego hormonu do lania innych.

Na ostudzenie zapału podaję cenę jaka widnieje na stronie FFG: $79.95. W przeliczeniu na złotówki to dość droga zabawa, którą usprawiedliwia tylko [zakładam] dobre wykonanie i mnóstwo plastikowych elementów. Poniżej video na którym możemy się o tym sami przekonać.