Pielęgnowane uwielbienie

Jakiś czas temu rozmawiałem z Mateuszem Kiszło na temat gier. W rozmowie padło słowo Talisman. Tytuł znany większości miłośników planszówek i wydaje mi  się, że dość lubiany w tych kręgach. Tym bardziej, że ma dość duży zasięg, wykraczający poza miłośników planszy. Grają w niego także miłośnicy literatury fantasy, nieinteresujący się grami ponad tę pozycję.

W owej rozmowie Mateusz zarzucał Talismanowi zbytnią losowość i – w związku z tym – totalny brak tzw. funu. Tak się jakoś składa, że przeważnie Mateusz i ja mamy odmienne zdania. Ten przypadek nie był wyjątkiem. Pamiętając wrażenie, jakie niegdyś wywołał na mnie Talisman, uważałem go za jedną ze swoich ulubionych gier. Krótka wymiana zdań stanęła na tym, że Mateusz nie podzielał mojego entuzjazmu („jeśli ktoś jest masochistą…”), ja natomiast nie rozumiałem Mateuszowego sceptycyzmu.

Pierwsze wrażenie robi się tylko raz

W wypadku gier często zachodzi takie same zjawisko, jak w wypadku wszystkich innych dzieł literackich, filmowych etc. W dzieciństwie lub wczesnej młodości człowiek poznaje grę, która bardzo mu się spodoba. Z czasem jednak dziecko dorasta, gust się wyrabia, wymagania rosną… A gry, które kiedyś szalenie się podobały nie przystają już do nowych standardów. Gorzej jest w sytuacji, gdy gra wywołuje na młodym człowieku ogromne wrażenie, a ten następnie nie gra w nią przez lata i nie weryfikuje swojego zachwytu nad nią. Wówczas pielęgnuje to swoje uwielbienie do gry. W jego umyśle gra wyrasta do rangi mitu, symbolu…

Po latach pojawia się zdziwienie, że ktoś może nie lubić Talismana. W pewnym momencie dorosły już człowiek postanawia znów zagrać w grę, pamiętaną od dawna i wspominaną bardzo pozytywnie. No i następuje… Szok? Rozczarowanie? Zdaje się, że coś pomiędzy. Coś, co przypomina mi film Czysta formalność w reżyserii Giuseppe Tornatore bohater grany przez Romana Polańskiego ubóstwia pewnego znanego pisarza, ale gdy dochodzi do spotkania z pisarzem w postaci Gerarda Depardieu, obiekt niemalże kultu okazuje się czymś tak odległym od wyobrażeń, że bohater nie wierzy, iż w tożsamość spotkanego idola.

Spotkanie po latach

Moje niedawne spotkanie z Talismanem nie przebiegło aż tak dramatycznie, jak u Tornatore (w moim wypadku dramatyzm nie był też podsycany przez oskarżenie o zabójstwo), ale zdałem sobie sprawę, że wobec moich obecnych potrzeb growych Talisman w żadnym wypadku nie jest w moim guście. Nie lubię zbytniej losowości w grach. Owszem powinna ona być, ale w znacznie mniejszym stopniu stanowić o zwycięstwie, niż sposób gry, umiejętności, doświadczenie… Tymczasem Talisman okazał się bardziej rozbudowaną wersją Chińczyka (w którego prawdopodobnie już nigdy nie zagram). Podejmowane decyzje mają znaczenie, ale znacznie mniejsze niż wyniki rzutów kością.
Plansza z Magicznego Miecza, polskiej podróbki Magii i Miecza
(Zdjęcie z Kootation.com)

Czy moje przeżycie było przyjemne? Nie. Zawód nigdy nie jest przyjemny, ale nie żałuję. Wbrew temu, co mówił jedne z bohaterów Czystej formalności, uważam, że warto weryfikować swoje obiekty kultu. Jeżeli nawet będzie to trochę nieprzyjemne, to da nam informacje o tym, jak my się zmieniamy. Bo przecież gry się nie zmieniają. To jest wciąż ta sama gra, w którą grałem przed laty. To, że teraz wydaje mi się gorsza, znaczy, że ja się zmieniłem i moje wymagania.

Teraz na pewno nie powiem, że jestem fanem Talismana. Ale w przeciwieństwie do Chińczyka nie powiem, że więcej w niego nie zagram. Sentyment i fantastyczny klimat sprawiają, że widok planszy nie wywoła u mnie chęci ucieczki. Wręcz przeciwnie.

Wojciech Becla

Epilog

Po napisaniu tekstu uznałem, że moje spotkanie z Talismanem bardziej przypomina zakończenie filmu I twoją matkę też Alfonso Cuaróna. Swoją drogą oba filmy uważam za bardzo dobre i godne polecenia, a zarazem oba oglądałem już parę lat temu. Być może powinienem zastosować wobec nich taki sam zabieg, jak wobec Talismana