Jak ustawiać spotkania planszowe? – studium przypadku

Nie będzie to poradnik, bo to za dużo powiedziane, ale z pewnością każdemu przydadzą się moje doświadczenia. Otóż wszystko zaczęło się około dwóch lat temu, gdy wyszło mi to zupełnie przypadkiem. Ot, spotykam się ze znajomymi przy planszy i w pewnym momencie wyciągam telefon, by zadzwonić po kolejnych. Wychodzę z założenia, że byliby zainteresowani. Pół godziny później wpadają, a z kameralnego spotkania utworzyła się grupa zajmująca spory kawałek w pizzeri. W sumie graliśmy w wielu miejscach uchodzących za publiczne i wszędzie przyjmowano nas z otwartymi ramionami (wyjątek stanowiło KFC, które omijamy odtąd szerokim łukiem). Oczywiście starałem się, aby nikt na przysłowiowego “sępa” nie siedział, więc każdy był zadowolony.

W pewnym momencie uznałem, że potrzebujemy więcej przestrzeni. Padło na kawiarnię, której połowa sali często świeciła pustkami. Puściłem wszystkim grającym znajomym informację, a Ci z kolei swoim. Poznawszy wiele nowych osób uznałem, że warto stworzyć w sieci takie miejsce, które gromadziłoby wszystkich zainteresowanych. Tak powstała strona i grupa facebookowa. Uznałem również, że pewna cykliczność byłaby mile widziana, a w otwartym głosowaniu padło na sobotę. Od tego momentu mogłem mówić o pewnym przełomie. O regularności, której dotychczas brakowało. O stałym miejscu spotkań, bo graliśmy u mnie, u kogoś, po barach, pubach i kawiarniach. Teraz przychodząc o konkretnej godzinie danego dnia można było po prostu być pewnym tego co zastaniemy. I dołączyć.

W najlepszym okresie frekwencja była tak duża, że momentami nie było miejsc siedzących. Wtedy tylko witałem się ze wszystkimi, zostawiałem gry, wyłaniałem osobę, która ma przynieść ją za tydzien i oddawałem się rozmowom. Każdy wygrywał – miejscówka, która zagospodarowywała sobie słaby dzień i my mogący oddawać się naszemu ulubionemu hobby. Aż do czasu…

Były takie chwile, gdy byłem tak zarobiony, że nie mogłem się pojawić. Tym samym nie przynosiłem swoich gier, ani niczego nie animowałem. Dbałem tylko o to, by na facebooku informować o ewentualnych okienkach tzn. dniach, kiedy spotkania z różnych powodów się nie odbędą [np. święta]. I kiedy wróciłem po dłuższym czasie, byłem zaskoczony frekwencją. Przy stołach siedziało zaledwie kilka osób. Reszta podobno wyszła, bo nikt znowu nie przyniósł innej gry. Za punkt honoru postawiłem sobie ratowanie sytuacji. Ale było już za późno – w świat poszła fama, że nie ma gier, więc nie warto chodzić. Nie pomogły moje apele, moje prośby, moje obietnice, że będę pojawiał się regularnie. Cała inicjatywa upadła. Trwała około rok, ale wystarczyło, by ludzie przywykli do faktu, że gry przyniesie ktoś inny. Że ktoś inny weźmie na siebie ciężar tłumaczenia zasad. Że po prostu przyjdą na gotowe.

Dziś stopniowo reanimuje całość. Kosztowało mnie to wiele nerwów i spotkań, gdzie siedziałem sam jak palec, bo nikt nie zdecydował się przyjść. Ale udało się i mogę cieszyć się powrotem do regularnego grania, choć bałem się, że nie uda mi się już powtórzyć tamtego sukcesu.

Drodzy gracze – jeśli w Waszym mieście jeszcze nie ma podobnych spotkań, spróbujcie to zmienić. Zaczynając od rozmów z lokalnym ośrodkiem krzewiącym statutowo kulturę. Z doświadczenia wiem, że będą zainteresowani. Potem przychodźcie ze swoją stałą grupą i pozwólcie, by kolejne osoby zapraszały kolejne. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to każda osoba powinna przyprowadzić na spotkania jakiegoś towarzysza. I nie minie dużo czasu, a będziecie mogli cieszyć się rozgrywkami w otoczeniu innym niż Wasze cztery ściany.