Żywotność gier planszowych – subiektywnie.

Opowiadałem to niezliczoną ilość razy: zostałem zaproszony “planszówki” przez paczkę kumpli. Wiedząc, że nie przystoi odmawiać [szczególnie, że nie pozostawili mi czasu na znalezienie eleganckiego wyjścia z sytuacji] zgodziłem się sądząc, że na miejscu zastanę chińczyka i stertę kości. Kiedy jednak, ku mojemu zdumieniu sięgneli po “Age of Empires III”, tuż po rozgrywce dobrą chwilę szukałem własnej szczęki. Wtedy, podobnie jak wielu na nowo zwerbowanych, nie sądziłem bowiem, iż są w tak dobrej kondycji [Essen i te sprawy], a przy tym mogą być tak dojrzałe i mechanicznie odbiegające lata świetlne od swych przodków. Od tamtego momentu minęły lata. Czy gram jeszcze w “Age of Empires III”? Nie. (…)

Nie gram ponieważ mam ograniczony czas. A będąc w takiej sytuacji, staram się wykorzystać go możliwie najefektywniej. Mógłbym grać więc w tytuły, które znam, ponieważ w ich przypadku nieobecny staje się cykl nauki, ale z drugiej strony bardziej kusi poznawanie wciąż coraz to nowych gier.

Przez tych wspomnianych kilka lat w mojej kolekcji gościło kilkaset tytułów. Część, choć bardzo dobra, prędzej czy później trafiała na rynek wtórny, aby udostępnić miejsce nadchodzącym pudełkom. Na stałe pozostało na niej jedynie ułamek tego co posiadałem, a i te w końcu znalazły swojego nowego właściciela.

Okoliczności w jakich moja kolekcja ubywa, są zasadniczo trzy:

a) Kaprys – ot, spoglądam i stwierdzam, iż wraz z grupą nie odnajdujemy już w tym przyjemności i raczej nie sięgniemy po nią już częściej, mimo, iż wcześniej nie mogliśmy odmówić sobie partii, albo lądowała na stole jako danie główne.

b) Zmiana orientacji – zaczynam od lekkich gier [np. Dobble], by stopniowo iść krok dalej [Osadnicy z Catanu] i dalej [Wysokie Napięcie], a wreszcie kończąc na czymś pokroju “Brass” Martina Wallace’a.

c) Zajmują zbyt dużo miejsca / $$$ – mógłbym wyburzyć ścianę i zapytać się sąsiada, czy nie ma nic przeciwko temu, bym uznał jego przestrzeń za przedłużenie swojego M4, ale nie sądzę, by na przystał, co powoduje, że muszę rzecz sprzedać. Czasem z bólem serca, niekiedy wzruszając tylko ramionami.

Na pewno dominują opcje a i c, z delikatnym wskazaniem na c. Wszak gry mogą zyskać z czasem, gdy tylko zrobimy sobie od nich krótką przerwę, ale niestety gromadzenie ich kosztem przestrzeni życiowej jest niedopuszczalne Był jednak czas, iż miałem sobie grupkę 5-6 planszówek, które nijak tego nie robiły, a mimo to ich żywot dobiegł końca. Za czyją więc sprawą, jeśli nie stało się to przez punkt c? Ano za zmianą orientacji, albo szukaniem czegoś trwalszego. Mianowicie swoją własność szybko eksploatowałem i w dłuższej perspektywie, powiedzmy kilkunastu rozgrywek, przestawały przynosić satysfakcję. Nie czekałem, więc, aż złapię oddech i szybko zmierzałem ku nowemu.

Moje myśli zbiegają się do tego punktu – nic nie jest wieczne, bo zawsze znajdziemy powód, by pozbyć się nawet naszego ulubieńca. Niemniej nie sposób odmówić im świetnego stosunku ceny do ilości zabawy, którą zapewniają. Jeśli założyć, iż nabyliśmy tytuł za 99 zlotych, a bawiliśmy się przy nim 10 partii, każda trwająca około 2 godzin, to stosunek ten wynosi 0,20 zł za godzinę zabawy.

Fakt, żałuję, że mój ulubiony tytuł trafia do lamusa, ale hej – to jego czas, a wspomnienia, które nam zapewnił, pozostaną. Albo powrócą … gdy zagramy u kolegi