Drugie śniadanie z Odynem, czyli: Uczta dla Odyna. Recenzja.

[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Gra została przekazana mi bezzwrotnie w ramach recenzji od wydawnictwa Rebel. Wydawnictwo Rebel nie miało wpływu na kształt mojej opinii/niniejszej recenzji.

Uczta dla Odyna – gigantyczna gra worker placement od Uwe Rosenberga – doczekała się dodruku, a z tej okazji warto rzucić ponownie okiem na ten klasyczny już tytuł i sprawdzić, jak się starzeje. Czy nadal robi takie wrażenie jak po premierze, czy w międzyczasie jego tetrisowe mechaniki straciły na świeżości i atrakcyjności? 

Informacje o grze


 

 

 

Bogato zastawiony stół 

Uczta dla Odyna to tytuł dość wyjątkowy, ale nie dzięki oryginalności wykorzystywanych mechanik – to w sumie dość klasyczne worker placement, połączone z tetrisową układanką. Wcielamy się tu w przywódców, próbujących zapewnić swojemu klanowi jak największy prestiż – dbając o warunki życia swoich ludzi, gromadząc kosztowności, podbijając nowe tereny. 

Mamy tu swoją prywatną planszę, której większą część zajmuje siatka, wypełniana przez nas w trakcie gry różnymi kafelkami. Musimy się starać wypełnić jak największą jej część, ponieważ prawie wszystkie pola tej siatki oznaczone są symbolem minusowego punktu zwycięstwa – co oznacza, że już rozpoczynając grę jesteśmy na sporym minusie, musimy się więc postarać nie tylko wygrzebać z tego długu, ale i zbudować potem pozytywny wynik.  

A jak zdobywać te kafelki, pozwalające pozbyć się minusowych punktów? Musimy wysyłać swoje pionki na główną planszę – tam znajdziemy mnóstwo rozmaitych sposobów na zdobywanie mnóstwa różnych kafelków.  

Tu pojawia się pewien fajny koncept, ważny dla całej rozgrywki. Główna plansza zawiera kilkadziesiąt różnych pól dla naszych wikingowych workerów, a pola te podzielone są na rzędy i kolumny. Rzędy łączą pola o podobnej funkcji – wszystkie pola w jednym rzędzie mają podobne działanie, dzięki czemu łatwiej odnaleźć się na tej onieśmielającej planszy. 

Natomiast kolumny grupują pola o podobnej sile – im bardziej wysunięta na prawo kolumna, tym mocniejsza akcja, ale też tym większy jej koszt. Jeśli wysyłamy robotnika do kolumny pierwszej – wystarczy nam jeden. Druga kolumna wymaga już dwóch, trzecia trzech i czwarta – czterech. 

Ale te “najdroższe” kolumny mają też dla nas pewną dodatkową nagrodę: kiedy wybieramy się do kolumny trzeciej, możemy dobrać kartę z talii pomocników, a kiedy odpalamy akcję z kolumny czwartej – możemy jedną z posiadanych kart pomocników zagrać. 

To bardzo intuicyjny, płynnie działający system – regularnie odwiedzając te “mocniejsze” pola dostajemy kolejne karty, dające nam dodatkowe zdolności, sposoby punktowania, jednorazowe nagrody itp.  

I tak naprawdę to cała podstawowa mechanika gry – wysyłamy robotników na główną planszę, zdobywając przy okazji karty pomocników, a głównie kafelki, którymi wypełniamy naszą indywidualną planszę. Wypełniając ją pozbywamy się minusowych punktów, a z czasem musimy się zastanowić, na czym zbudujemy nasze punkty dodatnie. 

A tu opcji mamy naprawdę dużo… 

Szwedzki stół

O rany, jak dużo opcji! 

Możemy zajmować się hodowlą zwierząt, ale nawet to – w bardzo różnych celach. Możemy je hodować na mięso, możemy handlować mlekiem czy wełną, możemy je rozmnażać, żeby na koniec gry pochwalić się ogromnym stadem… 

A jeśli ta ścieżka nas nie kusi – może zamiast tego wolimy polowania? Możemy polować na drobniejszą zwierzynę, ale możemy też zacząć budować łodzie i wieść żywot wielorybnika. Co da nam pożywienie i kości, którymi będziemy mogli handlować. 

A może nie chcemy handlować, tylko siłą zabierać to, czego potrzebujemy? Możemy! Budujemy łodzie, dajemy naszym ludziom broń i wysyłamy ich, żeby zdobywali dla nas bogactwa. Jeśli pójdzie dobrze, nie przepracujemy uczciwie nawet jednego dnia, a stos naszych skarbów będzie rósł i rósł. 

Nie chcemy sięgać po to, co należy do innych? Może więc sięgniemy po to, co niczyje – i odkryjemy jakiś nowy ląd? Możemy wysłać nasze łodzie, by przyłączyć do naszego królestwa nowe tereny – nowe wyspy, które od tej pory będą należały do nas. 

Jeśli wolimy skupić się na rozbudowie terenów, które już posiadamy, zamiast walczyć o nowe, gra też nam na to pozwoli. Chcemy zostać handlową potęgą – możemy. Władcami mórz – nie ma sprawy.  

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Uczta dla Odyna zawiera niepokojąco dużo mechanik. Ok, i faktycznie jest ich tu naprawdę mnóstwo, ale rzeczywistość nie jest aż tak onieśmielająca jak mogłoby się wydawać. 

Świetnym rozwiązaniem jest przekucie wszystkich tych działań w tetrisową mechanikę. 

Bo na czym polega handel? Na tym, że mamy jakiś kafelek i możemy go zamienić w lepszy. Przede wszystkim najtańsze rodzaje kafelków – jedzenie, mają poważny minus. Jeśli będziemy chcieli tymi kafelkami wypełniać siatkę minusowych punktów na naszej planszy – kafle tego samego koloru nie mogą ze sobą sąsiadować. Zielone kafelki przedstawiające rozmaite plony nie mogą sąsiadować z innymi zielonymi kaflami. 

Wystarczy jednak odrobinę pohandlować i te kafle wymienić możemy na lepsze – kafle kosztowności, biżuterii itp. – które już takich ograniczeń nie mają.  

A jeśli będziemy chcieli łupić i grabić? Też da nam to nowe płytki, które będą lądowały na naszej planszy. 

Rozbudowujemy swoją osadę? Proszę bardzo – oto nowe plansze, przedstawiające budynki, są warte punkty, ale zawierają też minusowe pola, które musimy przykryć jeszcze większą liczbą płytek! 

Podbijamy nowe tereny? Jeszcze większa plansza na jeszcze więcej płytek! 

I tak dalej, i tak dalej – każdy mechanizm w Uczcie dla Odyna sprowadza się w jakiś sposób do tetrisowych kafelków, wypełniających jak najskuteczniej pustą przestrzeń. To bardzo fajne rozwiązanie, gdyż dzięki niemu nie gubimy się w dziesiątkach mechanik – łatwiej je wszystkie ogarnąć i spamiętać, gdy wszystkie mają u podstaw ten sam główny pomysł. 

Przez żołądek do serca

Więc jak się te wszystkie mechaniki spinają w całość? 

Znakomicie! 

Określanie Uczty dla Odyna mianem euro-sandboxu nie jest przesadą. To gra w której na samym początku rozgrywki możemy podjąć decyzję: “chciałbym sprawdzić tym razem, jak to będzie jeśli skupię się na grabieniu i podbojach”, albo: “tym razem idę w hodowlę zwierząt” i gra nam na to pozwoli. 

Jedyne co nas lekko ogranicza, to karty dobrane na początku rozgrywki – pierwsze karty pomocników, dające różne bonusy i specjalne zdolności. Te mogą być dopasowane lepiej do jednej strategii niż do innej, ale nawet wtedy – w większości przypadków da się je wpasować w naszą drogę życia, jeśli nam na tym zależy. 

Tetrisowy szkielet gry spełnia swoją rolę doskonale. Układanie płytek jest satysfakcjonujące, a każda jest na swój sposób przydatna i pożądana. Możemy zdobyć naprawdę duży kafelek? Super, przykryje dużo minusowych pól, idziemy mocno do przodu z naszym wynikiem. Mały kafelek, taki na dwie kratki? Też świetnie, wypełni dziurę, która powstała nam gdzieś po drodze w naszym układzie! 

Kafelki podstawowe są dobre, bo łatwo zdobywać ich więcej, ulepszone – są dobre, bo łatwiej zmieścić je na planszy.  

Doceniamy każdy prezent, jaki dostajemy od gry, każdy może nam się do czegoś przydać. 

Rozgrywka przebiega też naprawdę szybko i płynnie, ponieważ tury są z reguły dość błyskawiczne. Wystawiam robotników na jedno pole, odpalam jego efekt, czasem chwilę pomyślę co dokładnie zamienić na co – i już, tura następnego gracza. 

A przy okazji, dzięki dziesiątkom kart zawartych już w podstawowej wersji gry – regrywalność jest naprawdę ogromna. Po kilkunastu rozgrywkach nadal będziemy widywać rozmaitych pomocników po raz pierwszy, nadal będziemy trafiać na różne nowe silniczki do produkcji punktów. 

Stolik dla jednej osoby

A jakby tego wszystkiego było mało – jest tu naprawdę świetny tryb solo! 

Bierzemy pionki w dwóch kolorach i w kolejnych rundach gry posługiwać się będziemy tymi kolorami na przemian. Ale – kiedy zagraliśmy rundę jednym kolorem, nie schodzi on z planszy przed rundą następną. Więc w efekcie sami blokujemy sobie pola, a plansza nadal jest odpowiednio ciasna, nie pójdziemy zawsze tam, gdzie byśmy chcieli.  

Tryb solo zaskoczył mnie bardzo pozytywnie – przyjemnie spędza się przy nim czas. Co więcej – daje on opcję wyboru na początku rozgrywki startowych kart pomocników, dzięki czemu możemy przetestować sobie rozmaite scenariusze, dobrać karty dokładnie pod planowaną strategię. 

I jeśli ktoś chciałby spróbować takiej rozgrywki – tryb solo sprawdza się też świetnie jako dwuosobowy tryb kooperacyjny! Każdy gracz ma swój kolor pionków i w rundzie danego koloru to on ma decydujące słowo, ale plany możemy układać wspólnie, naradzając się – co będzie teraz najkorzystniejsze, w jakim kierunku powinniśmy pójść. 

Polecam spróbować – to nie tylko fajna odskocznia, ale też np. całkiem niezły sposób nauki gry, gdy siadamy z kimś do Uczty dla Odyna po raz pierwszy. 

Tryb solo – duży plus! 

 

Nadal świeża pozycja

Uczta dla Odyna ma już swoje lata na karku, ale szczerze mówiąc – nie widać tego w trakcie rozgrywki. Gdyby gra wyszła dziś – nadal robiłaby wrażenie gigantyczną ofertą pól do wysyłania naszych workerów, mnogością możliwych strategii, sandboxową naturą połączoną z rozgrywką w stylu euro. 

Gra dobrze się skaluje i oczywiście potrwa chwilę dłużej w pełnym składzie, ale nawet wtedy czekanie na swoją turę nie dłuży się specjalnie. 

Jeśli ktoś nadal nie miał okazji zapoznać się z tym klasycznym już tytułem, a gry worker placement to coś co lubi – nadal naprawdę warto! 

Plusy
  • różnorodność możliwych strategii
  • liczba wyborów
  • płynność i tempo rozgrywanych tur
  • znakomity tryb solo
Plusy / minusy
  • Pierwsza rozgrywka może lekko przytłaczać
Minusy
  • brak!

Ocena:

Uczta dla Odyna pozostaje jedną z najlepszych gier worker placement na rynku. Oferuje mnóstwo wyborów w każdej turze, mnóstwo różnych strategii i dróg do wygranej. Jest to pozycja tak samo imponująca teraz jak w chwili swojej premiery.

Dziękujemy wydawnictwu Rebel za przekazanie gry do recenzji.

 

Marcin Dudek

 

Wesprzyj nas na Patronite i zdobądź planszówkowe nagrody

 

[bgg id=177736]
Marcin Dudek