Howdy, partners! Western Legends – recenzja (Patronat Board Times)

Howdy, partners!

Ej, no nie mogłam inaczej zacząć tej recki. W ogóle, to powinnam ją pisać w kowbojskim kapeluszu, kowbojkach, z lassem w jednej ręce i ze szklanką whiskey w drugiej (czyli tak swoją drogą: w stylizacji, w jakiej powinno się grać w Western Legends i dziwię się, że to nie jest napisane w instrukcji), ale po pierwsze: gdy to piszę jest 6:30 rano i nie wypada pić whiskey, po drugie: potrzebuję obydwu rąk i – przede wszystkim – po trzecie: nie lubię whiskey. Chociaż Western Legends jest tak cudowne, że dla jeszcze większego podbicia klimatu ewentualnie mogłabym się przemęczyć.

Informacje o grze



Autor: Hervé Lemaître
Wydawnictwo: Funiverse
Liczba graczy: 2 – 6
Czas gry: od 60 do 90 minut (i o dziwo – naprawdę!)
Wiek: od 14 lat
Cena: od 159 zł

 

Western Legends jest sandboxem, czyli – tłumacząc najprościej, choć z pewnym uproszczeniem – przeniesieniem gier RPG (bez znaczenia, czy myślimy teraz o papierowych czy o komputerowych) na grę planszową. Tłumacząc dokładniej, to otwarty świat, w którym każdy z graczy wciela się w (w tym akurat przypadku) jedną z historycznych postaci Dzikiego Zachodu i stara się zrobić wszystko, żeby zostać legendą. Ma ku temu nie tylko wiele różnych sposobności, ale też wybór, czy pozostanie po stronie prawa, czy jednak spróbuje ryzykownej – choć bogatej w przygody – mniej moralnej ścieżki.

Plansza - rozgrywka 4-osobowa

Plansza – rozgrywka 4-osobowa

Jak się w to gra?

Na początku gry każdy z graczy wybiera postać, którą będzie grał, może (wypadałoby) zapoznać się z jej biografią, a następnie przygotowuje przypisany jej ekwipunek i ustawia swoją figurkę w lokacji początkowej – zwykle obydwie te rzeczy są biograficznie mocno uzasadnione, stąd moja porada na temat przeczytania tych kilku zdań. Zresztą w ogóle w Western Legends klimat naprawdę ma kolosalne znaczenie, więc przyjmijmy jako jedną z najważniejszych zasad tej gry, że trzeba czytać wszystkie teksty fabularne i nie podlega to absolutnie żadnej dyskusji.

Plansza gracza

Plansza gracza z ulepszoną Dubeltówką, Mustangiem oraz Whisky

Wracając: po wybraniu pierwszego gracza grę będziemy rozgrywać zgodnie z ruchem wskazówek zegara do momentu, w którym któryś z graczy nie zdobędzie tylu Punktów Legendy, ile ustaliliśmy sobie na początku – czyli 15 dla krótkiej, 20 dla średniej i 25 dla długiej gry. Ja, ponieważ zwykle gram z nowymi graczami, zazwyczaj gram w wariant krótki, ale średni też jest spoko – długi może być jednak nieco zbyt długi, choć to też zależy od liczby graczy i tego, z kim się gra. W każdym razie, jeśli się martwicie, że krótki będzie za krótki – już dłużej nie musicie, krótki jest extra.

 

Punkty Legendy można zdobywać na różne sposoby, które ściśle powiązane są też z tym, czy wybraliśmy dla naszej postaci drogę prawa czy bezprawia (ewentualnie: jaka droga została naszej postaci narzucona, bo czasem fabularnie zaczynamy już z jakimiś punktami Stróżów Prawa lub Przestępstw). Do wyboru mamy lokacje takie jak Bank (w którym można zdeponować sztabki złota, ale który też doskonale nadje się do napadnięcia na niego), Kabaret (w którym będziemy przepuszczać nasze ciężko zdobyte pieniądze na zabawę – swoją drogą uwielbiam to, że im więcej się wyda pieniędzy, tym więcej Punktów Legendy się zdobywa, uważam, że to przezabawne), Saloon (w którym możemy pyknąć w pokera), i Ranczo (w którym możemy pogonić bydło lub je zwyczajnie ukraść) oraz kilka Kopalni (gdzie będziemy szukać szczęścia przy wydobyciu złota), Sklepy Wielobranżowe (w których możemy sobie kupić fajne i przydatne rzeczy) i Lekarza (bo jak wiadomo, Dziki Zachód bywa niebezpieczny, więc postrzelenie to nic zaskakującego). W każdej swojej turze gracz ma do rozdysponowania 3 Akcje, w ramach których może albo się przemieścić (bazowo o 2 pola, potem im lepszego mamy Wierzchowca, tym dalej w ramach jednej Akcji możemy podjechać) albo wykonać akcję lokacji, w której się znajduje. Simple as it is.

Zgrabna mieszanka

Nie jest żadną tajemnicą, że pokochałam Western Legends od pierwszego wejrzenia, chociaż mój planszówkowy gust kompletnie tej miłości nie uzasadnia. Ciężko stwierdzić, czy to z powodu sprzyjających warunków w gliwickiej Arenie (czyli tego, że zagrałam wcześniej w Pangeę i Na skrzydłach i obydwoma tytułami byłam okropnie rozczarowana, więc gdy w końcu trafiłam na coś wartego uwagi to wydało mi się to być objawieniem), strzały jakiegoś planszówkowego amora czy układu gwiazd na niebie, ale stało się. Jednak jako działająca w sposób zagadkowy, ale jednak raczej rozsądna graczka, zaczęłam szukać jakichś punktów zaczepienia dla tego uczucia.

W sumie nie trzeba było długo szukać, bo po szybkiej analizie doszłam do wniosku, że w Western Legends tak naprawdę nie ma rzeczy, która mi się nie podoba. Najwięcej dobrego robi tu na pewno ten RPGowy klimat, przy czym, chociaż lubię RPG, w których dużo się rzuca, podoba mi się to, że Western Legends jest bardziej o wejściu w rolę i odgrywaniu jej i mimo, że ma elementy gry przygodowej, nie ma tej bezsensownej i męczącej losowości (której na przykład mnóstwo ma Robinson Crusoe, przypomnijmy: top 3 moich najbardziej znienawidzonych gier). Losowe wychodzenie Kart Opowieści w zasadzie nie ma znaczenia, bo to po prostu mini-questy które można – ale nie trzeba – realizować, sprawdzanie powodzenia wydobycia złota rzutem kością jest po pierwsze: kompletnie uzasadnione (bo żeby wydobyć złoto trochę farta trzeba jednak mieć) i po drugie: zwykle jednak daje jakąś nagrodę, nagrody z żetonów bydła wszystkie są super, więc nie ma różnicy który wylosujemy i właściwie jedyna realnie wpływająca na rozgrywkę losowa rzecz to karty pokerowe, ale i z nimi nie jest tak, że sytuacja zawsze będzie tragiczna i nie da się jej zmienić, tym bardziej, że zwykle mają jakieś dodatkowe Akcje, Reakcje lub Bonusy. Dalej – bardzo podoba mi się wykorzystanie różnych mechanik. Mamy i dice rolling w Kopalni, i pick-up-and-deliver na Ranczu, i granie w pokera w Saloonie (uwielbiam, moja totalnie ulubiona akcja) i wiadomo, point-to-point movement, bo przecież podróżujemy po mapie. Do tego oczywiście (bo to Dziki Zachód!) klasyczną walkę gracz vs gracz lub nieco mniej klasyczną gracz vs gra: „mniej klasyczną”, bo bardzo ciekawie rozwiązaną – walczyć można z Bandytami, Strażnikiem w banku lub Szeryfem i każdego z tych Bohaterów Niezależnych reprezentuje inny gracz, a walka odbywa się przez wybranie 1 z odpowiednio 2, 3 lub 4 kart (w zależności od tego, z jakim BN się walczy) pamiętając, że im wyższa karta, a więc wyższa szansa na pokonanie gracza, tym też lepszy bonus może on dostać. Poza tym są jeszcze tory Stróżów Prawa i Przestępstw – jest naprawdę różnorodnie, a przy tym ja jestem zdania, że nie jest tak, że niektóre Akcje są znacząco lepsze. Czasem w ciągu 2 tur można totalnie zmienić punktację, kluczem jest po prostu – ale zaskok! – wykonanie odpowiedniej akcji w odpowiednim momencie.

Nie ma też znaczenia, czy gra się „dobrym” czy „złym”, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że bycie przestępcą jest bardziej lukratywne – ok, Punkty Legendy zdobywa się może trochę szybciej, ale trzeba grać znacznie bardziej ryzykownie, uciekać przed innymi graczami i zdecydowanie bardziej pilnować tego, co się dzieje na planszy. Stróże Prawa natomiast mają dużo łatwiejszy dostęp do pieniędzy, nie muszą obawiać się Szeryfa i, jeśli nagle zdecydują, że dosyć już tego bycia dobrym, w dowolnym momencie mogą stać się Przestępcami (źli za to nie mają tak łatwo, bo mogą się „nawrócić” dopiero po Aresztowaniu – co też zresztą bardzo mi się podoba, bo jest mega klimatyczne).

Smaczki, moduły…

Już granie w podstawową wersję Western Legends jest bardzo satysfakcjonujące – zaczynamy od wyboru jednej spośród 12 asymetrycznych postaci, z których każda z nich ma też swoją unikalną umiejętność specjalną odblokowującą się w momencie zdobycia 5 Punktu Legend. W sklepie do wyboru mamy 9 różnych kart: 4 różne elementy Ekwipunku, 2 Wierzchowce i 3 typy Broni. Dodatkowo poganiając lub kradnąc bydło z Rancza, losujemy jeden z 8 różnych bonusów, nie wspominając już o 40 kartach Opowieści, z których niektóre cele się powtarzają, ale wszystkie znajdujące się na drugiej stronie karty fluffy są różne, a i efekt karty, nawet jeśli quest był taki sam jak na innej karcie, często się różni.

Jeśli jednak komuś byłoby mało, to podstawka oferuje jeszcze moduł z Celami Osobistymi (i tu również do gry wchodzą zawsze tylko 3 z 4 kart celów, więc z regrywalnością wszystko jest w jak najlepszym porządku). Moduł ten – nic zaskakującego – polega na tym, że gracze dodatkowo mają swoje ukryte cele, których realizacja daje dodatkowe Punkty Legendy. Co ciekawe, cel nie ma swojej stałej wartości punktowej – to, ile punktów za niego dostaniemy określa Żeton Legendy który wylosujemy (są na nich wartości od 1 do 3), ALE, żeby nie było tak losowo i strasznie, realizacja każdego kolejnego celu pozwala nam dobierać coraz więcej Żetonów, które następnie trzeba odrzucić do liczby zrealizowanych celów. Oznacza to, że za pierwszy cel pociągniemy tylko jeden Żeton Legendy, za drugi cel pociągniemy dwa (bo mamy zrealizowane już dwa cele), a następnie spośród trzech posiadanych już Żetonów (bo jeden za poprzedni cel i dwa za ten) odrzucimy jeden wybrany tak, żeby liczba posiadanych Żetonów była równa liczbie zrealizowanych celów. Analogicznie z 3 celem – ciągniemy trzy Żetony, bierzemy dwa które już wcześniej mieliśmy i wybieramy spośród tych pięciu trzy, które sobie zostawimy. Bardzo fajne rozwiązanie, bo niby losowe, ale jednak im więcej celów gracz zrealizuje, tym większy ma wpływ na to, ile punktów będzie z nich miał.

Plansza gracza w wariancie z Kartami celów

Plansza gracza w wariancie z Kartami celów z jednym zrealizowanym Celem

Jeśli chce się grać w 2 osoby, trzeba skorzystać z automy, czyli Mężczyzny w Czerni – niestety nie wypowiem się na temat jej działania, ale podobno obsługuje się ją bez większych problemów. Ja uważam, że w Western Legends najlepiej gra się w co najmniej 4 osoby i używam zwrotu „co najmniej” z pełną świadomością, że to oznacza też rozgrywkę 6-osobową – i to super, bo interakcja między graczami jest wtedy na naprawdę wysokim poziomie, a cóż może być piękniejszego w grze od interakcji, zwłaszcza negatywnej?

 

…i cała reszta

W kwestii wykonania nie mam żadnych uwag, jedynie ponarzekam sobie, że pieniądze nie są papierowe, chociaż podobno normalni ludzie nie lubią papierowych pieniędzy w grach. Super gra się za to żetonami pokerowymi i w ogóle ta gra się aż prosi o odpicowanie i mam nadzieję, że oryginalny wydawca zrobi upgrade pack z figurkami, a Funiverse zrobi nam tę przyjemność i go zlokalizuje (a ogólnie to wszelkie kontynuacje serii zależą od tego, jak dobrze się coś sprzedaje, więc wiecie co robić). O, chociaż jest jedna rzecz: sklep wielobranżowy! Nigdzie, naprawdę nigdzie, ani w instrukcji, ani na pudełku nie ma nawet zdjęcia tego komponentu, nie wspominając o instrukcji – więc grę w Western Legends zaczynamy od małej łamigłówki, jaką jest złożenie tegoż właśnie sklepu. Poza tym figurki są ok, planszetki są ok, błędne, francuskie żetony bydła już zaraz będą w Polsce, oczywiście poprawione, kolory są piękne, ilustracje są piękne, no nie mam się do czego przyczepić.

 

Werdykt końcowy

Jeśli chcecie immersyjnej przygodówki z mechaniką, która istnieje, ale pozwala wam na robienie co chcecie, szukacie gry, przy której sporo poplanujecie, ale też po prostu będziecie się doskonale bawić, zastanawiacie się co położyć na stole mając przy nim i doświadczonych, i początkujących graczy albo macie czasem niedosyt grania w RPG, ale brakuje wam czasu na sesję albo Mistrza Gry – bierzcie Western Legends. Najlepiej od razu z obydwoma dodatkami, ale o dodatkach to już następnym razem, bo właśnie napisałam o tej grze już ponad 11 300 znaków i obawiam się, że i tak już mnie za to nienawidzicie 😉

 

Plusy
  • klimat!
  • proste zasady, brak niepotrzebnej lub nieuzasadnionej losowości, ciekawy zbitek prostych, ale świetnie razem działających mechanik
  • to, czym powinien być sandbox: sporo możliwości, wszystkie tak samo atrakcyjne
Plusy / minusy
  • brak instrukcji jak złożyć sklep Wielobranżowy i generalnie instrukcja jako taka jest raczej średnia i nieco chaotyczna
  • pieniądze w formie kart – naprawdę wolałabym banknoty

Ocena: 4.5 out of 5 stars (4,5 / 5)

Dziękujemy wydawnictwu Funiverse za przekazanie gry do recenzji.

Małgorzata Mitura

Game Details
NameWestern Legends (2018)
ComplexityMedium [2.75]
BGG Rank [User Rating]319 [7.70]
Player Count (recommended)2-6 (3-5)
Designer(s)Hervé Lemaître
Artists(s)Roland MacDonald
Publisher(s)Kolossal Games, Board Game Box, Funiverse, Lavka Games, Maldito Games, Matagot, MINDOK and MS Edizioni
Mechanism(s)Action Points, Area Movement, Betting and Bluffing, Hand Management, Pick-up and Deliver, Take That and Variable Player Powers

Małgorzata Mitura

Znana też jako mitkaplays fanka nawiasów i nieprzyzwoicie długich zdań oraz żywy dowód na to, że są ludzie, którym zwyciężanie w grach planszowych jest tak samo obojętne jak przegrywanie. Graczka od 2017 (od jakiegoś czasu też RPGowiec), recenzentka od 2018 a od 2019 - Developerka gier planszowych w jednym z wrocławskich wydawnictw.

Mówi, że jest area controlowcem, ale 2 spośród 3 jej ulubionych gier nie mają kompletnie nic wspólnego z tym gatunkiem. Zresztą niektóre jej decyzje planszówkowe pozostają zagadką nawet dla niej samej, więc to akurat nic dziwnego.
Małgorzata Mitura