Komisarz Wiktor: Sprawa zaginionego obrazu. Recenzja

Muzeum było tego dnia zamknięte, by nie zacierać śladów. Drepcząc w te i we w te po czerwonym dywanie, zrozpaczony kustosz rwał sobie włosy z głowy i jęczał cicho za każdym razem, gdy zerkał na puste miejsce po obrazie. Strażnicy stali pod ścianą i wpatrywali się w czubki własnych butów. Niestety śledczy nie mieli dla nich dobrych wiadomości. Sprawca był prawdziwym profesjonalistą – nie pozostawił niczego, co mogłoby do niego doprowadzić. Jedynie dziwne plotki o mężczyźnie przechadzającym się ulicami miasteczka z prostokątnym pakunkiem pod pachą…

Śledczy postawili sobie za cel znalezienie złodzieja dzieła sztuki. Ten, któremu się powiedzie, zasłuży na awans albo wspomnienie w lokalnej gazecie!

Kolejna odsłona przygód komisarza. Mrożące krew w żyłach sprawy, pogonie, pościgi… A tak naprawdę mamy tu kolejną grę logiczną, tylko ubraną w grę “detektywistyczną”. Mało tu dedukcji, o wiele więcej rozkładania i przekładania kafli, by stworzyły odpowiednie układy.

Informacje o grze


Autor: Krzysztof Matusik
Wydawnictwo: Tailor Games
Liczba graczy: 2 – 4
Czas gry: ok. 15-30 minut
Wiek: od 8 lat
Cena: około 30 zł

Wykonanie

Jeśli mieliśmy już do czynienia z poprzednimi częściami serii Komisarz Wiktor, to Sprawa zaginionego obrazu niczym nas nie zaskoczy. Ten sam styl graficzny (autorstwa Krzysztofa Matusika), pudełko właściwie tych samych rozmiarów. Wewnątrz wypraska rodem z Carcassonne, a w niej miejsce na… oczywiście na kafelki. I tym razem nie ma tu żadnej planszy, choć wyjątkowo mamy tu dodatkowe znaczniki oznaczone lupą. Wszystko mieści się bez problemu w wyprasce. Okazuje się jednak, że pudełko jest zdecydowanie za duże. Zawartości wcale nie ma tu tak dużo.

Całość wykonana jest dość estetycznie, kafle są całkiem grube. Ilustracje – schematyczne, ale za to czytelne. W czasie gry będziemy musieli zwracać uwagę na szczegóły widoczne na kaflach – łącznie z obecnością wąsów czy monokla, więc właśnie czytelność będzie tu dość istotna. Jak za taką cenę właściwie nie ma co narzekać.

Kto ukradł obraz?

Właściwie nawet na końcu gry nie będziemy tego wiedzieli. Wszystko dlatego, że każdy z graczy ma swojego podejrzanego. Możemy uznać, że ten kto wygrał, był najbliżej prawdy, ale… czy na pewno?

Tak czy siak w grze zdobywamy punkty. Na koniec gry na stole będzie utworzony układ postaci 5×5. To on wskazuje, kto i jak bardzo zapunktuje. Każdy z graczy na koniec gry będzie posiadał jeden kafel podejrzanego. Oczywiście wcześniej należy go odpowiednio wybrać. Na owym kaflu mamy podejrzanego, który posiada 3 cechy:

  • fryzurę
  • oczy / okulary / monokl
  • wąsy / brodę

W końcowym układzie sprawdzamy każdą z cech (z naszego kafla) w poszczególnych kolumnach i rzędach:

  • 3 wystąpienia – 1 punkt
  • 4 wystąpienia – 3 punkty
  • 5 wystąpień – 5 punktów

Komu udało się zebrać najwięcej punktów, wygrywa i możemy uznać, że był najbliżej prawdy

Przykładowa punktacja na koniec: fryzura – 1 punkt za ostatnią kolumnę (3 wystąpienia), oczy – 3 punkty za pierwszą kolumnę (4 wystąpienia), zarost – 1 punkt za ostatnią kolumnę (3 wystąpienia)

Do pełni obrazu rozgrywki trzeba dodać, że w swoim ruchu gracz wykłada jeden z 5 kafli z ręki po czym dokłada go do istniejącego układu. Może też przestawić jedną z już leżących płytek, a do tego jedną zablokować. Na początku na stole widnieje tylko jeden kafel, z czasem zapełni się on do kwadratu 5×5.

Wrażenia

Sprawa zaginionego obrazu nie jest za bardzo intuicyjna. Z początku zupełnie nie wiadomo, co i jak należy wykładać. Ciężko też przewidzieć, który kafel lepiej sobie zostawić. Gra jest mocno taktyczna, układ na stole cały czas jest zmieniany. Gracze dokładają nowe płytki, przestawiają inne, blokują. W rozgrywce 4-osobowej dynamika jest bardzo duża. Ciężko wtedy coś zaplanować. Dopiero od połowy rozgrywki układ staje się bardziej czytelny. Mniej więcej widzimy, co “zbierają” poszczególni gracze. Dzięki temu, że cechy się powtarzają, możemy liczyć na jakieś krótkie sojusze, a przynajmniej na nieprzeszkadzanie. Najlepiej w Zaginiony obraz zagrać parę razy w tym samym gronie. Gracze wówczas zapoznają się z punktacją, a kolejne rozgrywki będą dużo przyjemniejsze i bardziej przemyślane. Tytuł jest skierowany raczej do mniej zaawansowanych, ewentualnie do graczy oczekujących lżejszej rozrywki. Z pewnością nadaje się do rodzinnych pojedynków.

Od poprzednich gier z serii (Komisarz Wiktor: Sprawa zaginięcia Alfreda Groszwartego i Komisarz Wiktor: Sprawa nieuchwytnych przemytników) ten tytuł różni się przede wszystkim “ukrytym celem”. W poprzednich grach mieliśmy jawną sytuację: wiedzieliśmy, do czego dążą przeciwnicy. Tu właściwie do końca sytuacja może się zmienić. Więcej: sam gracz może zdecydować o zmianie kafla punktującego. Może go więc wybrać nawet na sam koniec rozgrywki bazując na obecnym układzie na stole. Z jednej strony jest to oczywiście rozwiązanie elastyczne, z drugiej nie da się do końca przewidzieć działań współgraczy.

Gra nie jest może hitem, ale jak dla mnie warto jej się przyjrzeć. Dobrze by było dodać jeszcze parę słów o dodatkowej mini grze, w którą możemy zagrać korzystając z obecnych w pudełku komponentów. Instrukcja zapowiada, że chodzić będzie o wariację na temat Masterminda. Mamy tu dwuosobową rozgrywkę, gdzie staramy się rozgryźć, jaką postać posiada nasz przeciwnik. Zadajemy mu więc “pytania” za pomocą kolejnych kafli z podejrzanymi, a on oznacza, ile cech jest zgodnych z jego kaflem. Kto pierwszy wytypuje kafel przeciwnika, wygrywa (rozgrywamy jednak taką samą liczbę rund). Przypomina to oczywiście ostatnio recenzowane u nas Gangster City. Czy warto sięgnąć do tego wariantu? Chyba tylko dla zabicia czasu. Uważam, że Gangster City jest lepiej zrobiony.

Podsumowanie

Komisarz Wiktor: Sprawa zaginionego obrazu to gra, którą trudno ocenić. Z jednej strony ciężko zrozumieć ostateczne punktowanie i mechanizm gry bez rozegrania jednej czy dwóch partii. Z drugiej strony spora losowość utrudnia zaplanowanie czegoś. Nieintuicyjna i losowa? Tak. Dla niektórych to wystarczy, by po prostu do niej nie podchodzić. Jednak mamy tu tytuł rodzinny, gdzie losowość z natury jest dużo bardziej akceptowalna. Co jednak począć z drugim zarzutem? Może po prostu zagrać parę razy? Rodzi się jednak pytanie, czy damy radę zachęcić dzieci/rodzinę do paru partii. Czy dadzą radę?

Gra nie jest zła, ale w zalewie podobnych propozycji, ta wersja Komisarza Wiktora raczej się nie przebije. Zdecydowanie mogę odesłać do Alfreda i Przemytników: w te tytuły gramy z rodziną (także dziećmi) o wiele chętniej. Są też po prostu szybsze i prostsze do ogarnięcia.

Plusy
  • pomysł na grę
  • proste zasady
  • dodatkowy wariant, a właściwie mini gra
Minusy
  • nieintuicyjna rozgrywka
  • ciężko cokolwiek zaplanować – losowość

Ocena: 3 out of 5 stars (3 / 5)

Dziękujemy wydawnictwu Tailor Games za przekazanie gry do recenzji.

Łukasz Hapka

Podstawowe informacje (na podst. BGG)

NazwaCommissioner Victor: The lost painting case
AutorKrzysztof Matusik
GrafikKrzysztof Matusik
WydawcaTailor Games
Rok wydania2016
Liczba graczy2 - 4
Sugerowana liczba graczy Najlepiej w: 4
Liczba rekomendowana: 3
(4 głosy/głosów)
Czas gry30
Sugerowany wiek min.10 i więcej
Sugerowany wiek min. (wg użytk. BGG)8 i więcej
(2 głosy/ów)
Zależność językowaNo necessary in-game text
(2 głosy/ów)
KategoriaDeduction
MechanikaPattern Building, Tile Placement

Informacje pochodzą z serwisu boardgamegeek.com. Więcej informacji o grze.

Łukasz Hapka

Jest miłośnikiem gier złożonych. Mimo wszystko sympatią darzy wiele tytułów, niekoniecznie mózgożernych. W kręgu jego zainteresowań są także gry logiczne.
Ulubione tytuły: Race for the Galaxy, Le Havre, Lewis & Clark.
Łukasz Hapka