Banquet Royal – uczta dla oczu. Recenzja

Nie mogłem otrzymać tej gry do recenzji w gorszym momencie mojego życia. Powoli dobiegając do trzydziestki i patrząc jak synowie pną się w górę, postanowiłem zrobić coś ze sobą, zanim przyczepi się do mnie jakieś paskudne choróbsko i poddałem się bardzo rygorystycznej diecie („rygorystyczna” to spore niedomówienie). Rodzina królewska z okładki Banquet Royal wyraźnie nie ma takich problemów i żre na potęgę, a ja musiałem się temu przyglądać, ba, nakrywać jej nawet do stołu. Wytrwałem, żeby móc wam o tym opowiedzieć.

Informacje o grze

 

Autor: Alain Rivollet
Wydawnictwo: Bankiiiz Editions
Liczba graczy: 2 – 4
Czas gry: ok. 20 minut
Wiek: od 7 lat
Cena: około 100 zł

 

Główne danie, czyli wykonanie

Sam tytuł tego akapitu zdradza wiele. Ta gra głównie wygląda. Uważam jednak, że (prawie) każda potwora znajdzie swojego adoratora, szczególnie jeśli owa potwora jest urodziwa, zatem jeśli już tu jesteś, nie odchodź. Być może ta uczta będzie dla ciebie.

Wszystkie elementy wydają się być dość solidne. Nie ubierałem kart w koszulki, a nawet po kilkudziesięciu partiach w skrajnie różnym gronie (wliczając w to osoby po sześćdziesiątce i dzieci poniżej piątego roku życia) karty nie wyglądają na używane. Plansza ukazuje stół z czwórką członków królewskiej rodziny przygotowaną do posiłku. Postacie są miłe dla oka, a stół zapełniony różnokolorowymi tackami, na których będziemy serwować posiłki. Wszystko to jest bardzo barwne, ale i czytelne. Jest to niezwykle ważne w grze, w której pod koniec będziemy musieli podliczać punkty sczytując informacje z wypełnionej planszy. Ułatwiają to też figurki posiłków i czapeczek szefa kuchni, które składają się z dwóch złożonych razem żetonów. Wystają one wyraźnie ponad planszę i znacznie różnią się między sobą, więc trudno je też pomieszać podczas przypadkowego szturchnięcia. Spotkałem się z opiniami, że te figurki się chwieją i czasem trudno postawić je na planszy. To bzdura. Czasem wycięcia w żetonach faktycznie są nie do końca dopasowane jeśli chodzi o ich długość (mówimy o maksymalnie milimetrze), ale na szerokość są już idealne, więc łatwo równo je ustawić względem siebie, a tym samym ustabilizować na stole.

Karty również są czytelne, co zapewniają minimalistyczne grafiki przedstawiające jedynie konfigurację dań za jaką dzięki danej karcie otrzymamy punkty oraz trzy warianty kolorystyczne odpowiadające wartościom punktowym zamówienia.

Instrukcja jest kolorowa, czytelna i posiada alternatywny wariant „smakosza”, którego zmiany względem podstawowej gry wyszczególnione są za pomocą fioletowego tekstu przewijającego się przez wszystkie podpunkty instrukcji. Jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż opis rozszerzenia na osobnej stronie, szczególnie że granie bez niego jest po prostu słabe. Jedynym potencjalnym problemem jest fakt, że gra dostępna jest tylko w angielsko – francuskiej wersji językowej. Jeśli jednak choć jedna osoba wśród graczy zna któryś z powyższych języków, nie będzie miała problemu z wytłumaczeniem zasad pozostałym. Sama rozgrywka nie wymaga znajomości języka.

 

           

Przystawka, czyli rozgrywka

Każdą rozgrywkę zaczynamy od ustawienia po jednym z „królewskich zamówień” w sześciu kątach planszy wyznaczonej przez tacki. Zamówienia te ukryte są pod kloszami i ustawiamy je całkowicie losowo, aby potem na krótką chwilę odkryć w celu zapamiętania, jaka potrawa kryje się pod jakim kloszem. Następnie każdy gracz bierze po dwie czapeczki szefa kuchni w wybranym przez siebie kolorze oraz dociąga po jednej karcie z każdej z trzech talii zamówień. Posiada zatem kartę za 1, 2 i 3 punkty. Każda z nich zawiera kombinację trzech potraw (czasem na karcie występuje też czapka szefa kuchni, co jest dość zabawnym zamówieniem), które musimy ułożyć obok siebie, aby zdobyć liczbę punktów odpowiadających karcie.

Tak przygotowani możemy rozpocząć rozgrywkę. Od tego momentu aż do zapełnienia stołu gracze będą wykonywać poniższe czynności:

  1. Położenie potrawy lub czapki kucharza na stole lub odkrycie „królewskiego zamówienia”
    Potrawy możemy kłaść wokół centralnego pola będącego jedynie ozdobnikiem lub innej potrawy stojącej już na stole. Aby odkryć „królewskie zamówienie” musimy wybrać jeden z kloszy, z którym styka się dowolna potrawa (czyli na początku nie jest to możliwe) i odgadnąć co jest pod kloszem. Jeśli się nam udało, potrawa spod klosza ląduje w jego miejscu na stole a klosz trafia do nas i na końcu gry będzie się liczył jako dodatkowy punkt. Jeśli się nie udało, potrawa pojawia się na stole, jednak klosz wraca do pudełka – punktu nie będzie.
  2. Zdobycie punktów z karty
    Jeśli dzięki postawionej przed chwilą na stole potrawie, czapce, lub odkrytemu zamówieniu stworzyliśmy na planszy konfigurację powyższych odpowiadającą którejś z naszych kart, odkrywamy ją i kładziemy przed sobą w celu zweryfikowania przez pozostałych graczy. Jeśli weryfikacja przebiegnie poprawnie, ta karta zapewni nam punkty na koniec rozgrywki.
  3. Odrzucenie dowolnej karty z ręki
    Opcjonalna, jeżeli nie udało nam się zrealizować punktu nr 2.
  4. Dobranie kart do trzech sztuk na ręce
    Musimy mieć po jednej karcie każdego rodzaju. Jeżeli zabraknie karty któregoś typu, możemy ją zastąpić dowolną inną.

Po tym jak pierwszy gracz wykona powyższe czynności, robi to kolejny, itd. aż do zapełnienia stołu. Wtedy podliczamy punkty z zagranych kart i odgadniętych zamówień, aby otrzymać ostateczny wynik. Kto zdobył najwięcej punktów, wygrywa. Nieco inaczej wygląda wariant smakosza. W nim osoba lub osoby, które zrealizowały najwięcej jednopunktowych kart, dostają 3 dodatkowe punkty, a osoby, które zrealizowały najwięcej dwupunktowych kart, dostają 2 dodatkowe punkty. Dodatkowo sprawdzamy nasze kapelusze walające się pomiędzy potrawami na stole i za każdy z nich dostajemy tyle punktów, ile wynosi największa liczba potraw jednego rodzaju stojących obok niego.

Wrażenia – deser

Przebrnąłem przez powyższy opis, żeby dokładnie opisać, co mi pasuje, a co nie pasuje w rozgrywce. Podstawowym problem jest to, że twórcy nie do końca chyba wiedzieli, do kogo ta gra miała być skierowana i jaki powinna mieć charakter. Czy powinna być bardziej przyjazna i towarzyska, czy bardziej konfrontacyjna i złośliwa. Z jednej strony mamy banalne zasady i elementy pamięciowe rodem z gier dla trzylatków, a z drugiej znając grę, możemy być bardzo złośliwi względem współgraczy. Często widać, co drugi gracz chce postawić na stole, ponieważ karty za trzy punkty są stworzone albo z trzech identycznych potraw albo z dwóch dowolnych i czapki, a to właśnie te karty będziemy zagrywać najczęściej. Czasem będzie też warto zagrać dwójki, a one z kolei składają się z dwóch identycznych potraw na końcach i jednej innej w środku. Poza tym aż za dobrze widać, jak ktoś układa sobie ścieżkę do zamówienia, żeby je odkryć. Niestety nic nie stoi na przeszkodzie, żeby odkrył je ktoś inny, często żeby zmarnować nasze dwa poprzednie ruchy. W związku z tym brakuje mi zasady pozwalającej na punktowanie poprzez odkrycie zamówienia jedynie w wypadku utworzenia menu jednej ze swoich kart. Wtedy podkradanie zamówień miałoby mniej sensu, a mam wrażenie, że nie o takie zagrywki chodziło autorom tworzącym tę kolorową grę dla dzieci.  Wszystko zależy jednak od tego, z kim gramy. Z niektórymi można grać przez większość partii nie wchodząc sobie (przynajmniej celowo) w drogę, choć jeśli o taką grę nam właśnie chodzi, to najlepiej grać na dwie lub trzy osoby. Przy czterech graczach już na początku, ustawiając swoje potrawy wokół centrum stołu, czwarty gracz będzie zmuszony rozstawić się obok któregoś z pozostałych. Nikt nie chce grać jako czwarty, bo ostatni gracz tworzy pozostałym możliwości punktowania już w drugim ruchu.

Jeśli chodzi o wariant smakosza, to granie bez niego nie ma większego sensu, chyba że uczymy grać swoje dziecko. Dlaczego? Ponieważ bez bonusu za największą liczbę zagranych jednopunktowych kart w ogóle nie opłaca się ich zagrywać. Żeby zrealizować poszczególne karty, potrzeba tej samej liczby ruchów, a różnica punktowa jest znaczna. Jedynki najbardziej przydają się na samym końcu, kiedy mamy bardzo ograniczone pole do wystawiania i musimy się po prostu wpasowywać.

Podobnie jest z punktami za potrawy wokół naszych czapeczek. Dzięki tej opcji, zawsze mamy okazję zagrać coś, co może nam przynieść korzyść, nawet jeśli na planszy nie ma już miejsca.

Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze trzech mini wariantach zawartych na końcu instrukcji:

  • Odpowiednia etykieta podczas posiłku – pozwala rozmieścić Królewskie zamówienia w ilości do ośmiu sztuk w dowolnych miejscach na planszy z wyjątkiem tych najbliżej centrum. Ten wariant sprawia że gra zaczyna się robić ciut ciekawsza, bo faktycznie zaczyna wymagać skupienia i dobrej pamięci. Niektórzy nie radzą sobie z zapamiętaniem choćby podstawowego ułożenia zamówień, a tu jest znacznie trudniej.
  • Szwedzki stół – Daje możliwość zdobycia dodatkowych punktów w zależności od tego ile różnych królewskich zamówień odkryliśmy. Według mnie wariant który najbardziej psuje rozgrywkę, bo dodatkowych punktów jest sporo, co zupełnie zaburza cel gry. Nikt nie będzie chciał wystawiać się blisko zamówień, żeby nie umożliwić przeciwnikowi zdobycia łatwych punktów, ale z drugiej strony, będzie to bardzo trudne, więc dużo w tym wariancie zależy od szczęścia i kolejności rozgrywki. Nie polecam.
  • Diabelska kuchnia – wariant karzący nas za błędne odgadnięcie zamówienia utratą wybranej przez siebie karty menu, którą udało nam się zapunktować. W podstawowej grze w gronie dorosłych pomyłki zdarzają się niezmiernie rzadko, a dla dzieci taka kara to zbyt duża przykrość. Może być grane ewentualnie z pierwszym opisywanym wyżej wariantem. Wtedy będzie mniej chętnych do odkrywania zamówień tylko po to, żeby uniemożliwić nam zapunktowanie.

Sjesta czyli podsumowanie

Najlepszą oceną opisywanej gry powinno być to, że Banquet Royal  jest najczęściej goszczącą grą na moim stole (może poza Listem Miłosnym). Jest szybka, prosta i kolorowa. Nie muszę przypominać sobie zasad, żeby zagrać po dłuższej przerwie, bo zasady są banalne. Ludzie nie kręcą oczami, kiedy je tłumaczę, bo trwa to dwie minuty i każdy w lot je chwyta. Grałem nawet z moim pięcioletnim synem. Nie ma też problemu z tym, że znając grę, mam dużą przewagę nad pozostałymi. W mojej osobistej ocenie jest to wada, ale moi pozostali współgracze nie podzielają tego poglądu. Nie będę w Banquet Royal grał z wyjadaczami takimi jak ja, ale z pewnością zaproponuję tę grę osobom, które grają z doskoku lub chcą zachęcać do gier nowe osoby. W internecie znajdowałem raczej mniej przychylne opinie, ale to głównie z tego powodu, że wystawiali je ludzie mający duże wymagania i myślący, że wszyscy inni też tak mają. Nie każda gra musi być wielowarstwowym mózgożerem. W niektóre gry musi wygrywać moja żona, żebym czasem mógł dostać obiad, skoro już mogę jeść…

Plusy
  • prostota
  • szybkość rozgrywki
  • ładne i pomysłowe wykonanie
  • rozgrywka niezależna językowo
Minusy
  • mała dostępność
  • brak polskiej instrukcji
  • głupotki klimatyczne typu wykładania czapeczek na stole królewskim
  • brak innowacyjności
  • możliwość bezkarnego stosowania złośliwych zagrywek
  • brak balansu poszczególnych wariantów rozgrywki
  • przewidywalność zagrań

Ocena: 3.5 out of 5 stars (3,5 / 5)

Dziękujemy wydawnictwu Bankiiiz Editions za przekazanie gry do recenzji.

Borys Wołkowiecki

Game Details
NameBanquet Royal (2018)
ComplexityLight [0.00]
BGG Rank [User Rating]0 [6.56]
Player Count (recommended)2-4 (Unset)
Designer(s)Alain Rivollet
Artists(s)Vincent Joubert
Publisher(s)Bankiiiz Editions
Mechanism(s)Pattern Building

Borys Wołkowiecki

Mąż, ojciec, wieczny student, kolekcjoner i wielbiciel gier planszowych, karcianych oraz figurkowych, weteran mistrzowania w Warhammera Fantasy Role Play. Z planszówkami miał styczność od wczesnego dzieciństwa, zaczynając od prostych gier typu grzybobranie. Szybko nudząc się jednak prostotą i losowością, modyfikował zasady tworząc coś, coś, co dziś można by było nazwać grami Talismanopodobnymi. Grał w RPG, zanim w ogóle wiedział co to jest, bawiąc się w opowiadane Pokemony z siostrą i kuzynostwem. W grach ceni najbardziej wspólną zabawę z rodziną i znajomymi, przyjacielską rywalizację i potrzebę ruszenia mózgownicy.
Borys Wołkowiecki