Lords of Hellas – rzut okiem

Pudełko i jego zawartość

Hit platformy Kickstarter, na którego sukces chyba w największym stopniu zapracowała wrocławska firma Awaken Realms, dzięki współpracy z wydawnictwem Phalanx wreszcie trafił na półki sklepowe w całej Polsce. Sprawa niezmiernie cieszy tym bardziej, że gra jest w całości polskim produktem – została zaprojektowana przez Adama Kwapińskiego i opracowana przez Marcina Świerkota.

Pudełko prezentuje się naprawdę rewelacyjnie. Piękne grafiki na zewnętrznych stronach dolnej części. W środku wypraska zaprojektowana w taki sposób, że swobodnie mieści wszystkie komponenty, a karty wchodzą nawet w koszulkach. Do tego wszystko układa się tak, że elementy siedzą stabilnie w wyznaczonych przegródkach i nawet po pomalowaniu nie będzie problemów z obtłuczeniami. 

Plansza jest solidnie wykonana i całkiem ładna choć dosyć ciemna i na pierwszy rzut oka mało wyraźna. Oznaczenia w regionach określające typ (miasto/sparta/świątynia) są bardzo małe, a same ikony są niekoniecznie intuicyjne – trzeba się z tym oswoić. Karty mają bardzo klimatyczne, dość mroczne grafiki i są przyzwoitej jakości. Przez ciemne wykończenie oraz fakt, że nie są zrobione z płótnowanego papieru – jak np. u FFG, radziłbym jednak wyposażyć nie od razu w protektory w rozmiarze Standard American. Żetony są grube i mam wrażenie, że nie będę się specjalnie wycierać czy rozwarstwiać.

Plastik dostajemy w kilku rodzajach:

  • 3 wielkie monumenty – każdy składany z 5 części. Tutaj możemy nieco ponarzekać na jakość wykonania i powyginane plastikowe części, niemniej jednak wydawca na ostatniej stronie Księgi Kampanii dodał instrukcję, jak sobie radzić w takich przypadkach. Taka informacja to niby mała rzecz, ale cieszy, bo gracze bardzo często zgłaszają defekty plastiku natychmiast do sklepu lub wydawnictwa z prośbą o wymianę, a czasem wystarczy tylko trochę ciepłej wody albo suszarka.
  • 10 dużych potworów, których jakości wykonania nie powstydziłby się CMON
  • 4 bohaterów – bardzo ładnie wykonane figurki w skali 35 mm
  • 4 armie w różnych kolorach – 15 małych figurek hoplitów i 4 kapłanów. Tutaj, mimo rozmiaru, jakość też jest zadowalająca – coś pomiędzy Cykladami a Inis.

Kolejnym plusem jest bardzo ładna, przezroczysta kość potworów.

Jakość wykonania elementów oceniam bardzo wysoko. Na forach co prawda widziałem już narzekania na Monumenty, których części nie składają się w idealną całość. Uważam, że trzeba mieć jednak na względzie, że jest to pionierski pomysł. Jeśli nawet są jakieś gry, które mają składane z kilku części figurki, montowane w toku rozgrywki, to chętnie je poznam, bo jeszcze się z takimi nie spotkałem. Poza tym przy użyciu gorącej wody lub suszarki możemy doprowadzić plastik do pożądanego kształtu.

W zasadzie mogę ponarzekać tylko w jednym miejscu… świątynie. Przy całych tonach plastiku i kolorowych farb na kartach nagle lekka porażka… Oczywiście lepsze takie rozwiązanie niż same, gołe żetony bez podstawek (jak np. warownie w Rising Sun), ale nadal mało klimatyczne i do tego takie papierowe świątynie bardzo odstają od reszty komponentów na planszy.

Rozgrywka

Do tej pory udało mi się zagrać w Lords of Hellas dwa razy – pierwszy raz solo, a drugi już w pełnym, czteroosobowym składzie. Przyznam się bez bicia, że tryb solo potraktowałem nieco jako trening przed graniem z żywymi przeciwnikami, a potem okazało się, że chyba lepiej było jednak najpierw wybrać tą drugą opcję (wyjaśnię dlaczego w dalszej części).

Najpierw kilka wrażeń po pierwszej rozgrywce w pełnym składzie. Tłumaczyłem, jak grać około 30 minut. Pod względem ilości zasad gra leży na półce obok takich tytułów jak Chaos w Starym Świecie czy Rising Sun. Wydaje mi się, że w wypadku wyżej wspomnianych gier same zasady są nieco łatwiejsze do zapamiętania i nie mają wielu opcji pobocznych/alternatyw jak tutaj. Od strony mechanicznej mamy może nieco mniej intuicyjne rozwiązania niż w powyższych grach, ale jestem pewien, że po dwóch-trzech partiach również nie są trudne do zapamiętania.

Rozgrywka bardzo nas wciągnęła i docelowo zajęła ponad 3 i pół godziny. Oczywiście były momenty kiedy trzeba było sprawdzać zasady w instrukcji. Nie do końca zrozumieliśmy zasady polowania na potwory, przez co czas pierwszego polowania stworzył z tego ciekawego, małego silniczka prawdziwą grę w grze. Nie odczuliśmy jednak, żeby nasze pomyłki wpłynęły bardzo na balans rozgrywki. Na początku sytuacja rozwijała się na pozór powoli, ale mniej więcej w połowie gry u większości graczy pojawiły się realne szanse na wygraną, a co za tym idzie każdy zaczął tworzyć strategie przybliżające ich własne wizje zwycięstwa. Myślę, że kolejne rozgrywki w tym gronie będą trwały znacznie krócej.

Muszę podkreślić, że wszystkie elementy na planszy były w użyciu i prawie każda z dróg do zwycięstwa została przez kogoś podjęta. Chyba nikt nie porwał się tylko nad kontrolę nad pięcioma obszarami ze świątyniami. Są one jednak dość szeroko porozrzucane po planszy, a do tego inni gracze również mają interes w wybudowaniu jednej lub więcej świątyń, bo dzięki temu otrzymają kapłanów. Tyle, że potem zwykle przy okazji okupują taki teren… W końcu kontrola nad dwiema krainami to jeden z warunków zwycięstwa, więc nikt raczej nie odpuszcza sobie tak łatwo jakichkolwiek terenów.

Rozgrywkę wygrał gracz prowadzący Achillesa właśnie w taki sposób, że kontrolował całe dwie krainy. Generalnie w pewnym momencie wyszedł do toalety, a my zagapiliśmy się i zapomnieliśmy, że ma możliwość właściwie bezproblemowego zajęcia jednego regionu, który wcześniej blokowaliśmy i jak wrócił po naszych ruchach, to wygrał przy użyciu zwykłej akcji ruchu hoplitów. Gdybyśmy jednak to zauważyli – swoiste przeciąganie liny mogłoby potrwać jeszcze kilka (-naście/-dziesiąt) minut dłużej. Podobne odczucia towarzyszyły mi przy pierwszej partii w Inis. Uważam, że gry, w których wygrana następuje przez osiągnięcie jednego lub więcej odpowiednich warunków są z założenia bardziej klimatyczne od gier, w których o długości rozgrywki decyduje liczba rund czy też tor punktowy. Z drugiej strony jednak takie rozwiązanie mechaniczne generuje możliwość “grania w nieskończoność” – często wydłuża czas pojedynczej partii, szczególnie jeżeli gracze rozmawiają nad stołem i debatują np. co należy zrobić, żeby najsilniejszy gracz nie wygrał.

Rozgrywka solo to zupełnie inne doświadczenie. Po pierwsze nie mamy wyboru bohatera – dostajemy Achillesa i pod jego dowództwem staramy się obronić Królestwo Hellady zarówno przed nadciągającą z Północy perską inwazją, jak i przed panoszącymi się w naszych krainach zmutowanymi mitologicznymi mecha-stworami. Potwory będą starać się za wszelką cenę zniszczyć monumenty wystawione przez nasz lud ku czci bogów. Jeśli którykolwiek z trzech monumentów zostanie zniszczony lub nie uda nam się powstrzymać perskiej awangardy – przegrywamy. Jak już pisałem wcześniej, tryb ten tylko pozornie wydawał się dobrym poletkiem treningowym do testowania zasad gry. W praktyce okazało się, ze tryb solo jest o wiele bardziej skomplikowany od gry z żywymi przeciwnikami. Akcje są z pozoru podobne, ale w zasadzie każda ma jakąś drobną zmianę lub dodatkową zasadę, o której trzeba pamiętać. To się tyczy w zasadzie każdego elementu gry. Nieco inaczej wygląda walka z potworami, rozpatrywanie zadań, budowa świątyń. Wszystko jest niby podobne, ale w właściwie w każdym wypadku występuje jakieś ale i musimy się liczyć z tym, że jedną czy dwie partie spędzimy z nosem w instrukcji oraz Księdze Kampanii.

Co do regrywalności to oczywiście wyjdzie w praniu, natomiast moje pierwsze odczucia są takie, że podstawowa wersja gry ma ogromny potencjał, czego nie można powiedzieć o trybie solo, w którym zarówno nasza pozycja startowa, jak i ruch perskich wojsk są zawsze takie same. Do tego dochodzi skończona liczba losowych wydarzeń fabularnych, które w prostu sposób popychają do przodu rozgrywkę dla jednego gracza.

Z niecierpliwością czekam na kolejne rozgrywki, szczególnie w trybach dwu- i trzyosobowych, jak również na ponowne przetestowanie wariantu solo. O wszystkim będzie można przeczytać w pełnej recenzji już niebawem.

Dziękujemy wydawnictwu PHALANX za przesłanie gry do recenzji.

Wojciech Mikołajczak

Game Details
NameLords of Hellas (2018)
ComplexityMedium [3.35]
BGG Rank [User Rating]212 [8.01]
Player Count (recommended)1-4 (2-4)
Designer(s)Adam Kwapiński
Artists(s)Piotr Gacek
Publisher(s)Awaken Realms, Albi, Asmodee, Delta Vision Publishing, Edge Entertainment, Hobby World, Lavka Games and PHALANX
Mechanism(s)ACT-12 Variable Player Powers, Area Control / Area Influence, Hand Management, MOV-01D Area Movement and WPL-01 Worker Placement

Wojciech Mikolajczak

Swoją przygodę z planszówkami zaczął jeszcze w latach 90-tych, ale prawdziwa miłość do gier bez prądu przyszła dopiero po prawie 20-latach. Od 2014 namiętnie gra, pisze recenzje oraz newsy dla kilku różnych serwisów i organizuje w Lublinie festiwal gier planszowych i karcianych Board Mania. Najbardziej lubi nowoczesne gry hybrydowe, łączące w sobie wiele różnych mechanik znanych zarówno z gier ekonomicznych, jak również tych „z klimatem”. W grach nie lubi przesadnej losowości i braku większego wpływu decyzji gracza na przebieg rozgrywki. Niektóre z ulubionych tytułów: Star Wars: Imperial Assault, Blood Rage, Cyclades, Eclipse, Terraformacja Marsa, Robinson Crusoe.
Wojciech Mikolajczak