Blood Rage – recenzja gry „na wspak”

IMG_20160811_193607[1]Podsumowanie i ocena ogólna

 Blood Rage to dla mnie „gra doskonała”. Skrojona na miarę oczekiwań, z ciekawym tematem, który nie został do tej pory jeszcze wyeksploatowany przez business gier planszowych. Użyte w grze mechaniki co prawda nie wnoszą nic odkrywczego, ale świetnie ze sobą współgrają, tworząc razem z tematem głęboki klimat archaicznej potyczki w fantastycznym świecie Wikingów. Figurki w tej grze zasadniczo mogłyby zastąpić żetony, ale to właśnie one sprawiają, że widzimy kto ma przewagę, kogo należy się bać i wreszcie – kto i w jakim miejscu gromadzi swoje siły. Dają +100 do klimatu i uważam je za absolutnie nieodłączną część tej gry.

Sama rozgrywka nie jest monotonna. Karty dają takiego kopa już w pierwszej epoce, że jakiekolwiek wątpliwości dotyczące braku asymetrii w statystykach startowych poszczególnych klanów odchodzą na drugi plan. To właśnie karty ustawiają całą strategię dla każdego gracza i tworzą ogromną asymetrię już na samym początku rozgrywki.

Oczywiście gra najlepiej sprawdza się w większym gronie, ale tryb dwuosobowy jest również warty polecenia. Jest co prawda nieco bardziej „suchy” niż przy większej liczbie graczy, niemniej jednak dający frajdę i regrywalny, nawet mimo ograniczonej liczby kart i potworów jakie możemy rekrutować w kolejnych epokach.

IMG_20160811_171800[1]

Wrażenia z rozgrywki

Rozgrywka w Blood Rage wymaga planowania i całkiem dużej ilości strategicznego myślenia. Trzeba kombinować zarówno gdzie się przesunąć, jakich kart użyć w jakiej kolejności, jak i stale obserwować co robią przeciwnicy. Cele wypraw to teoretycznie najłatwiejsza rzecz do rozgryzienia, ale też nie zawsze – wszystko zależy od taktycznej finezji naszych oponentów oraz tego, jak długo będą w stanie utrzymać minę pokerzysty. Blood Rage to w zasadzie czysta strategia wojenna. Czysta do tego stopnia, ze nie ma w niej nawet miejsca na współpracę! Każdy sobie rzepkę skrobie i ewentualnie kombinuje co planują inni gracze. Mechanizm zwracający na rękę karty osobom, które przegrały bitwę jest bardzo trafiony. Strata wszystkich lub większości ze swoich jednostek po przegranej bitwie to i tak wystarczający cios dla gracza, dlatego dobrze, że taki mechanizm istnieje. Nawet mimo tego groźba przegranej i tym samym utraty swoich wojsk, jest i tak wystarczająco stresująca, żeby mocno popychać gracza do przemyślnego planowania posunięć i nie marnowania ruchów. Kolejny mechanizm, który doceniłem dopiero po kilku partiach, to możliwość prowadzenia bitew tylko i wyłącznie przy użyciu akcji plądrowania. Zaraz, zaraz – nie można się bić? Ano nie – nie bezpośrednio. Jeden gracz oznajmia, że plądruje daną prowincję, a potem reszta może się dołączyć i dostawić posiadane w sąsiedniej prowincji jednostki. Na początku pomysł ten wydaje się strasznie suchy, jednak później okazuje się, że zezwolenie na dowolne wywoływanie bitew najprawdopodobniej bardzo szybko zakończyłoby rozgrywkę. W tej grze zarówno mi, jak i innym graczom, chyba najbardziej podobało się to, że możesz dostawać punkty nawet za przegrywanie. Dróg do sukcesu jest zresztą przynajmniej kilka, natomiast same decyzje każdy gracz podejmuje raczej szybko i nie ma symptomu „wyjścia na browar zanim będzie moja kolej”, nawet przy grze czteroosobowej.

Jeśli chodzi o podsumowanie wrażeń z rozgrywki to mogę jeszcze napisać – figurki, figurki i jeszcze raz figurki. Usłyszałem kilka opinii, że ta gra mogłaby funkcjonować z żetonami zamiast figurek i wtedy kosztowała by połowę tego co kosztuje. Zapewne można było ją tak wydać, ale z figurkami jest najzwyczajniej o wiele lepiej. Jest klimat i to konkretny, a tego nie da się wymiernie przeliczyć na pieniądze.

IMG_20160811_172223[1]

IMG_20160811_171922[1]

Mechanika Blood Rage

Graliście może w Grę o Tron: Druga Edycja, Eclipse, Chaos w starym Świecie, Misję: Czerwona planeta albo 7 cudów Świata? Jeśli „nie”, to zestaw mechanik w Blood Rage może być dla Was nowością. Jeśli natomiast siedzicie już trochę w temacie nowoczesnych planszówek i ograliście kilka znanych tytułów,  to najprawdopodobniej nic Was tutaj nie zaskoczy. Nawet tor punktowy wygląda jak żywcem wyjęty z Wsiąść do pociągu. To oczywiście nic złego. Siłą Blood Rage jest połączenie tych mechanik w całość i stworzenie dzięki temu nowej jakości. Jednym słowem – innowacja.

Losowe niszczenie kolejnych regionów, które nie będą dostępne do końca rozgrywki, jest dla mnie nowością, ale pewnie i w tym przypadku bardziej zaawansowani gracze znają tą mechanikę z jakiejś innej gry. I tak odpowiednio: w grze 4-osobowej odpada jeden, w 3-osobowej dwa, a w 2-osobowej aż trzy regiony ulegają zniszczeniu już na samym początku gry.

Następnie przeprowadzamy dociąg kart, który łudząco przypomina draft z 7 cudów świata. W kolejności rozgrywki wystawiamy jednostki (niektóre za koszt w Punktach Szału, inne za darmo, bo mają taką zdolność) do którejkolwiek z prowincji , których jeszcze nie pochłonął Ragnarok (wyjątkiem jest środkowa prowincja Yggdrasil, której nie można najeżdżać – można natomiast wprowadzić tam wojska akcją Wymarszu z sąsiadujących prowincji).

A dalej dość standardowo – walczymy o dominację lub chociaż utrzymanie znaczącej przewagi w prowincjach, które interesują nas pod względem dostępnych łupów lub które dadzą nam punkty za zrealizowanie jednego lub więcej celów wypraw. Tak przez 3 epoki, aż do niechybnego końca świata i zniszczenia wszystkich prowincji przez Ragnarok. Brzmi prosto i banalnie, ale kombinowania jest tak naprawdę sporo, tym bardziej, że mamy kilka kolejnych mechanik żywo przypominających zasady innych gier. Znane z Misja: Czerwona Planeta żetony plądrowania występują zasadniczo w trzech rodzajach odpowiadającym zasobom (plus jeden dodatkowy, który daje 5 punktów chwały oraz żeton w Yggdrasil, który zwiększa każdą ze statystyk o jeden punkt) umieszczane losowo na planszy generują nieco regrywalności i napędzają maszynę punktową, bo dostajemy bonusy za maksymalne rozwinięcie każdego z torów. Dodatkowo tutaj żetony ujawniamy na początku gry, tak więc od razu wiemy, które regiony będą dla nas najbardziej interesujące. Jeśli ktoś grał w Eclipse, to tory statystyk na kartach graczy wyglądają nieco jak uproszczona wersja torów technologii, z tą różnicą, że punktują tylko trzy ostatnie pola. Ciekawym rozwiązaniem jest również „cmentarz”, czyli Walhalla, z którego ubite jednostki wracają do naszych rezerw na koniec każdej kolejnej epoki. Można też punktować za przegrywanie. Tak, to nie żart. Odpowiednie karty dają nam również bonusy za przegrywanie bitew, niszczenie jakiegoś rodzaju jednostek lub za posiadanie figurek w Walhalli. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie, bo daje radość również tym, którzy notorycznie narzekają na prześladujący ich „brak szczęścia”.

 

IMG_20160811_172511[1]

Zawartość pudełka i wykonanie

Pierwsze co rzuca nam się w oczy po otwarciu sporego pudła to … porządek. Wszystko ładnie i schludnie popakowane w pudełeczka, a w nich wypraski. Cienki karton wewnętrznych pudełek i cienki plastik wyprasek najprawdopodobniej nie wytrzyma zbyt długo, ale zawsze można sobie dokupić poręczny insert od Geekmod. Grafiki piękne, zarówno na kartach, jak i w instrukcji. Plansza sprawia trochę wrażenie, jakby grafikowi coś nie poszło z rozdzielczością, ale kolorystycznie i estetycznie również jest bardzo ładna i czytelna. Karty solidne, może format trochę mały i przydałyby się w formacie „standard”, a nie „mini”, ale biorąc pod uwagę ilość informacji zawartych na nich, taki format również jest do przyjęcia. Żetony grube, trzeba użyć nieco siły przy wypychaniu, ale wychodzą bez szwanku.

Figurki, ach FIGURKI! Piękne są w Blood Rage figurki. Jak ktoś nie ma psa, kota albo papugi – Morski Wij jest tak cudowny, że aż chce się z nim zaprzyjaźnić na dużej. Produkty „Cool Mini Or Not” jak dla mnie plasują się pod względem wykonania gdzieś między FFG a Games Workshop. Plastik jest co prawda dość lekki i w pewnych miejscach cienki, ale nie sprawia wrażenia łamliwego, a detale po prostu oszałamiają. . Jak się nie maluje własnoręcznie, to watro zamówić to gdzieś na zewnątrz, bo to wstyd i hańba, żeby TAKIE figurki pozostały niepomalowane!

IMG_20160811_171852[1]

Wstęp

Pewnie zastanawiacie się dlaczego ta recenzja wygląda tak jak wygląda. No cóż – jest to już chyba setna recenzja tej gry dostępna w sieci, więc postanowiłem, że moja będzie przynajmniej nieco inna i napisałem ją „na wspak”. Przez chwilę kusiła mnie nawet wizja napisania czegoś w stylu „Gra jest świetna, kupujcie!” i umieszczenia pod spodem linków do jak największej ilości dostępnych recenzji. Przytłaczająca większości (jeśli nie wszystkie) są bardzo pozytywne i ja również mam bardzo dobre zdanie na temat tej gry. Słynne pytanie Tomka z Gambit TV brzmi: „Czy kupiłbym tę grę gdybym nie dostał jej do recenzji?”. TAK! Zdecydowanie! Rozszerzenie dla 5-tego gracza zamówię w przedsprzedaży jak tylko wydawnictwo Portal ją ogłosi, tak samo jak i dwa pozostałe rozszerzenia. Wiem, że w pięć osób frajda będzie jeszcze większa. Nie było jeszcze tak dobrej gry o Wikingach i pewnie długo nie będzie, a napisanie tej recenzji potrwało tak długo, bo musiałem się na własnej skórze przekonać, czy rzeczywiście jest tak dobra również po kilku grach i w różnym towarzystwie. Okazało się, że jest, a jeżeli jeszcze macie wątpliwości dlaczego, należy wrócić na początek tekstu i rozpocząć lekturę od nowa albo najlepiej zagrać w Blood Rage – naprawdę warto!

IMG_20160811_193607[1]

 

Plusy
  • Świetne połączenie znanych mechanik tworzące spójną całość z klimatem gry
  • Solidne wykonanie – dobrej jakości komponenty i piękne grafiki
  • Intuicyjne zasady opisane w jasnej i przejrzystej instrukcji
  • Dobry czas gry jak na dość wymagającą grę strategiczną – 1-2 godziny w zależności od ilości graczy
Plusy / minusy
  • Małe karty
  • 100% negatywnej interakcji
Minusy
  • Cienka tektura plansz graczy oraz kart epok i Walhalli
  • Grafika na planszy sprawia wrażenie jakby była przygotowana w niskiej rozdzielczości

Ocena: (5 / 5)

Dziękujemy wydawnictwu Portal za przekazanie gry do recenzji.

Wojciech Mikołajczak

Tę i wiele innych gier możesz kupić w dobrej cenie w sklepie naszego partnera – planszostrefa.pl.

 

Podstawowe informacje (na podst. BGG)

NazwaBlood Rage
AutorEric M. Lang
GrafikHenning Ludvigsen, Mike McVey, Adrian Smith
WydawcaCMON Limited, Asmodee, Asterion Press, BoardM Factory, Crowd Games, Delta Vision Publishing, Edge Entertainment, Galápagos Jogos, Game Harbor, Guillotine Games, Portal Games, REXhry
Rok wydania2015
Liczba graczy2 - 4
Sugerowana liczba graczy Najlepiej w: 4+
Liczba rekomendowana: 3, 4
(332 głosy/głosów)
Czas gry90
Sugerowany wiek min.14 i więcej
Sugerowany wiek min. (wg użytk. BGG)12 i więcej
(48 głosy/ów)
Zależność językowaModerate in-game text - needs crib sheet or paste ups
(35 głosy/ów)
KategoriaFantasy, Fighting, Miniatures, Mythology
MechanikaAction Point Allowance System, Area Control / Area Influence, Area Movement, Card Drafting, Hand Management, Memory, Simultaneous Action Selection
RozszerzeniaBlood Rage: 5th Player Expansion, Blood Rage: Gods of Ásgard, Blood Rage: Hili – The Even-Handed, Blood Rage: Kickstarter Exclusives, Blood Rage: Mystics of Midgard
RodzinaComponents: Miniatures, Crowdfunding: Kickstarter, Vikings

Informacje pochodzą z serwisu boardgamegeek.com. Więcej informacji o grze.

Wojciech Mikolajczak

Wojciech Mikolajczak

Swoją przygodę z planszówkami zaczął jeszcze w latach 90-tych, ale prawdziwa miłość do gier bez prądu przyszła dopiero po prawie 20-latach. Od 2014 namiętnie gra, pisze recenzje oraz newsy dla kilku różnych serwisów i organizuje w Lublinie festiwal gier planszowych i karcianych Board Mania. Najbardziej lubi nowoczesne gry hybrydowe, łączące w sobie wiele różnych mechanik znanych zarówno z gier ekonomicznych, jak również tych „z klimatem”. W grach nie lubi przesadnej losowości i braku większego wpływu decyzji gracza na przebieg rozgrywki. Niektóre z ulubionych tytułów: Star Wars: Imperial Assault, Blood Rage, Cyclades, Eclipse, Terraformacja Marsa, Robinson Crusoe.
Wojciech Mikolajczak