Conquest at Kismet – potyczki w kosmosie. Recenzja

conqest at kismetKosmiczny pojedynek? Dwie walczące rasy? 20-minutowa rozgrywka? I to wszystko od Victory Point Games? Czy brzmi interesująco?

Conquest at Kismet nie jest tytułem zbyt popularnym (a pewnie i zbyt dostępnym) w Polsce. Mimo wszystko nie jest totalnie nieznany (ostatnio ukazała się nawet jego recenzja w Dice Tower). Czy warto do niego sięgnąć?

Zasady walki

W grze dwóch graczy wcieli się w dwie kosmiczne rasy: Storm (czerwoni) i Trice (niebiescy). Każdy dysponować będzie swoją talią, a także specjalną kartą oznaczającą statek matkę. Oba statki mają takie same właściwości: limit do 3 kart wsparcia, limit baterii na 6 energii, zdolność do ataku: 1, wytrzymałość: 12. Zadaniem będzie zniszczyć statek przeciwnika (czyli zadać statkowi przeciwnika 12 obrażeń). 

Runda wygląda następująco:

  1. Załadowanie energii (6 znaczników)
  2. Uzupełnienie ręki do 7 kart
  3. Faza czasu (dotyczy obu graczy) – o niej za chwilę
  4. Faza rozwoju (deploy) – tutaj wykładamy karty wspierające statek matkę (support), a także karty zdolności (ability). Ich koszt płacimy w energii. Każdy z graczy może posiadać do 3 kart wspierających. Karty zdolności są jednorazowe. 
  5. Faza walki – gracz aktywny jest atakującym. Jeśli zdecyduje się zaatakować, deklaruje też cel: albo bezpośrednio statek matka przeciwnika, albo jedna z kart wspierających. W tej fazie obaj gracze na zmianę (aż do spasowania) dokładają na środek po 1 karcie. Tworzą w ten sposób „stos walki” (combat stack). Gdy już gracze zdecydują, że nie dokładają do niego kolejnych kart, wówczas atakujący losuje z niego jedną (!) kartę, która decyduje o wyniku pojedynku:
    • jeśli karta należała do atakującego, wówczas atak był celny; bazowa siła to 1, doliczamy do niej siłę z karty (zaznaczoną na czerwono); dodatkowo jeśli karta miała dopisek combat należy rozpatrzeć teraz jej efekt
    • jeśli karta należała do obrońcy, atak był niecelny

Oprócz mechanizmu loterii przy rozpatrywaniu walki, mamy tu też ciekawe rozwiązanie aktywacji kart. Odnosi się to do kart wspierających. Większość ma specjalną strzałkę oznaczającą, że karta do odpalenia swojego efektu musi być aktywowana. Nie ponosimy wtedy żadnego kosztu, a jedynie przekręcamy kartę tak, by czerwona strzałka była skierowana w stronę przeciwnika. Aktywujemy teraz efekt. W każdej fazie czasu, która w każdej rundzie dotyczy obu graczy, wszystkie karty, które nie są ustawione w „stan początkowy”, przesuwamy o jeden click, czyli o 90 stopni w prawo. Dopiero gdy karta będzie w „stanie początkowym”, będzie można ją ponownie aktywować.

Gramy tak dotąd, aż jeden z bazowych statków zostanie zniszczony (12 obrażeń).

Statki bazowe (matki)

Statki bazowe (matki)

Różnica pomiędzy rasami polega przede wszystkim na innych (choć podobnych) taliach. Poza tym same statki bazowe mają też swoje zdolności specjalne: jeden pozwala zmieniać niekorzystny wynik walki (drugie losowanie karty), drugi dorzucić na początek walki do 2 kart z wierzchu talii do „stosu walki”.

Wykonanie

Victory Point Games, które ja osobiście znam z Frontier Stations, przyzwyczaiło już graczy do pewnych standardów. Wszystko zacznijmy od pudełka, które z zewnątrz jest ozdobione bardzo klimatyczną grafiką. Jednak tak naprawdę pudełko ma na sobie obwolutę (zresztą tak jak w przypadku w/w Frontier Stations). Po jego zdjęciu widzimy jak to wygląda naprawdę:

IMG_1591

Zawartość pudełka

Samo pudełko nie jest zbyt duże. W środku znajdziemy właściwie 2 talie kart i arkusz z żetonami (do wyciśnięcia). Żetony oczywiście były cięte laserowo, więc wyciskając je można się pobrudzić. Dlatego też producent nie zapomniał o chusteczce (widoczna na zdjęciu po lewej). Jakość i grubość samych żetonów nie pozostawia nic do życzenia. Są niesamowicie grube i wytrzymałe. Poza tym same karty są też grubsze niż w niejednej karciance, co jest również godne pochwały.

Ogólnie do całości wykonania nie mam zastrzeżeń. Wszystko jest na bardzo wysokim poziomie. Jedynie grafiki na kartach mogłyby być „bardziej epickie”. Już nawet we wzmiankowanym Frontier Stations ilustracje były duże bardziej klimatyczne. Tu są niestety dość schematyczne, proste i właściwie nawet mało interesujące. Mimo wszystko to oczywiście moje osobiste odczucie. Przejdźmy jednak do wrażeń z gry.

 

Wrażenia

Conquest at Kismet przypomina mi kilka gier: ani bowiem klimatem, ani ogólnym zarysem mechaniki nie prezentuje nic nowego. Nie jest to oczywiście nic złego. Dość szybko bowiem będziemy w stanie go wytłumaczyć, dość szybko załapać i dość szybko zagrać. To wszystko na plus. Kto bowiem nie lubi szybkich gier, gdzie toczymy kosmiczne pojedynki?

Sama gra jest więc dość szybka (20-30 min). Poza tym jest też dość prosta i lekka. Nie przesądza to jednak o zupełnym braku decyzji w grze. Będziemy tu bowiem cały czas decydować, co zagrać wcześniej, czym się wzmocnić, a co przeznaczyć jako karty do „stosu walki”. Sam system walki i tworzenie puli kart jest dość niespotykany. Gracze wykładają karty (przeważając niejako szalę prawdopodobieństwa), a o wyniku walki decyduje los. Nie wygra silniejszy, ani ten kto był sprytniejszy. Wygra ten, kto ma szczęście. Owszem, wynik walki można zmieniać (np. dzięki specjalnym kartom zdolności). Mimo wszystko jest to właściwie element, który może tu szczególnie irytować. W końcu standardową losowość karcianek można znieść, a tu jeszcze jakieś losowanie…

 

Lubię, gdy karcianki starają się coś nowego wykrzesać z kart. Tu, w Kismecie mamy dość ciekawy system aktywacji kart i czekania na „ponowne załadowanie”. Musimy więc uważnie wybierać nasze karty wspierające, by nie wszystkie były tak samo wolne, a jeśli już, czy nie lepiej odpalać je na zmianę. Poza tym w reszcie kart i ich zastosowaniach raczej trudno się doszukać czegoś oryginalnego.

Co do regrywalności tytułu, to zapewnia ją spora talia dla danej strony. Poza tym zawsze można zmienić granie daną rasą. Nie robi to raczej jakiejś diametralnej różnicy, ale mamy tu przede wszystkim inną zdolność specjalną, a także delikatnie inne karty w taliach.

Klimat kosmosu i walk statków kosmicznych jest jak dla mnie trochę słabo odczuwalny. Niestety, te schematyczne ilustracje robią swoje. Mimo to sama gra jest dość wciągająca i szybka, by nie przejmować się zbytnio klimatem

Podsumowanie

Conquest at Kismet to lekki, przyjemny i szybki tytuł do pogrania dla każdego. Małym problemem może być zależność językowa (choć tekst na kartach jest napisany raczej prostym angielskim), jak też oczywiście dostępność gry na polskim rynku. Dużą rolę odgrywa tutaj losowość: oprócz standardowej w karciankach przy dobieraniu kart, dochodzi tu bowiem losowość przy rozpatrywaniu walki. Czasem nawet jedna karta na 6 przeciwnika potrafi trafić. Mamy tu też dość ciekawy element aktywowania kart i ich przekręcania, co daje dodatkowy poziom kombinacji. 

Sama gra to oczywiście bezpośredni pojedynek. Należy tu wyeliminować przeciwnika zadając jego statkowi odpowiednią liczbę obrażeń. Mimo wszystko nawet będąc w podbramkowej sytuacji możemy liczyć na szczęśliwe losowanie w walce, które pozwoli nam wybronić się albo zadać ostateczny cios. 

Wydanie gry (jak to u VPG) stoi na wysokim poziomie. Czy więc warto? Nie jest to zdecydowanie nic rewolucyjnego, nie jest to też nic szczególnie ciężkiego. Ale do lekkiego pogrania w pół godzinki będzie w sam raz.

Plusy
  • szybki dwuosobowy pojedynek
  • ciekawy element aktywacji kart (i ich przekręcania)
  • prosta do przyswojenia
Plusy / minusy
  • oprawa graficzna kart
  • zależność językowa
Minusy
  • element loterii
  • mała różnorodność ras

Ocena: (3 / 5)

Dziękujemy wydawnictwu Victory Point Games za przekazanie gry do recenzji.

Łukasz Hapka

 

Podstawowe informacje (na podst. BGG)

NazwaConquest At Kismet
AutorJay Vales
GrafikKevin McGaha
WydawcaVictory Point Games
Rok wydania2015
Liczba graczy2 - 2
Czas gry30
Sugerowany wiek min.8 i więcej
KategoriaCard Game, Science Fiction

Informacje pochodzą z serwisu boardgamegeek.com. Więcej informacji o grze.

Łukasz Hapka

Łukasz Hapka

Jest miłośnikiem gier złożonych. Mimo wszystko sympatią darzy wiele tytułów, niekoniecznie mózgożernych. W kręgu jego zainteresowań są także gry logiczne.
Ulubione tytuły: Race for the Galaxy, Le Havre, Lewis & Clark.
Łukasz Hapka

Latest posts by Łukasz Hapka (see all)