Star Wars: Rule the Galaxy – niech Los będzie z tobą. Recenzja

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

… a właściwie nie tak całkiem dawno i w nie aż tak odległych Stanach Zjednoczonych, ktoś wpadł na pomysł, żeby po raz kolejny wykorzystać kurę znoszącą złote jaja i nakręcić nowy film z serii Star Wars. Wśród fanów oczywiście zawrzało, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota (czy tez raczej: w kinach) – nowa część już jest, a to oczywiście pociągnęło za sobą wydanie mnóstwa gadżetów z nią związanych. W tym, naturalnie, planszówek – choćby Star Wars: Rule the Galaxy, bohaterki niniejszej recenzji.

Pudełko nowej gry od Trefla przyciąga oczywiście oko z racji na temat, jednak oprócz szturmowca i powszechnie znanego logo Gwiezdnych Wojen można zauważyć na nim jeszcze jedną ciekawostkę. Jest to bowiem debiutancki tytuł Jarosława Basałygi. Niezorientowanym spieszę wyjaśnić, że jest to człowiek od wielu lat związany z planszówkowym rynkiem w Polsce, odpowiedzialny za wydanie wielu hitów pokroju np. Potworów w Tokio. Czy i jego własny tytuł zostanie takim hitem? Zapraszam do lektury – i niech Moc będzie z Wami

Moc jest w nim silna

Rule the Galaxy mieści się w średniej wielkości pudełku, a od biedy pewnie mogłaby w jeszcze mniejszym. Elementy gry tworzą składana na pół, podłużna plansza, talia kart, kilka żetonów ostrzału i stos płytek z wizerunkami naszych wrogów – głównie szturmowców. Wszystko wykonane jest poprawnie, grafiki nie porywają, ale i nie kłują w oczy. Do X-Winga czy Imperium Atakuje jest daleko, ale bywało gorzej. W pudełku z grą znajdziemy dodatkowo gadżet w postaci podstawki pod kubek i, oczywiście instrukcję…

… i w tym momencie stwierdzam z przykrością, że wydawca zasłużył za nią na smażenie się w piekle z Jar Jar Binksem. Po przeczytaniu zasad byłem dobrej myśli, wszystko wydawało mi się proste, zatem zasiedliśmy do gry… i wtedy zdałem sobie sprawę, że kompletnie nie mam pojęcia, po co są znaczniki ostrzału. Niestety informacji tej brakuje w wersji drukowanej i trzeba się posiłkować zasadami ściągniętymi z internetu. Przyznam, że w moim odczuciu to straszna wtopa, która nie przystoi takiemu wydawcy, jak Trefl.

Nie próbuj. Rób. Albo nie rób. Nie ma próbowania.

Rule the Galaxy wcielamy się w żołnierzy Ruchu Oporu i naszym zadaniem jest powstrzymanie sił Najwyższego Porządku. Odbywa się to na zasadzie przypominającej nieco stare shootery komputerowe – kojarzycie takie gry, w których mamy mały stateczek lecący z dołu i strzelający bez ustanku, żeby pozbyć się masowo napływających od góry wrogów? Zasadnicza reguła w Rule the Galaxy wygląda właśnie tak – co turę (lub rzadziej, jeżeli gramy w mniej niż 3 osoby) przesuwamy wszystkie płytki wrogów na planszy o jeden rząd w dół i dokładamy na górze nowe. Jeśli zestrzelimy wszystkich, liczymy punkty za zdobyte płytki, jeżeli choć jeden dojdzie do samego dołu – ponosimy solidarnie porażkę. Jest to więc, podobnie jak Magnaci czy Homeland, połowiczna kooperacja – przegrać możemy wszyscy, ale wygrać tylko jeden z nas. Nie ukrywam, że bardzo lubię ten rodzaj rozgrywki i tym trochę mechanika mnie kupiła.

Jak zaś pozbywamy się wrogów? Dzięki dobieranym co turę kartom. Występują one w czterech kolorach (plus jokery), odpowiadających poszczególnym szturmowcom przeciwnika. Na każdej płytce wroga określona jest liczba kart, których potrzebujemy do zestrzelenia go, i jeżeli jest w zasięgu naszego strzału (tj. pierwszy w swoim rzędzie), możemy takiego delikwenta zdjąć z planszy i dodać do swoich trofeów. Cała zabawa kryje się zaś w dociągu. Otóż z talii możemy dobrać tyle kart, ile chcemy… aż do momentu wyciągnięcia specjalnej karty ostrzału. Jeżeli się pojawi – odrzucamy wszystko. Przypomina to nieco grę w oczko, czy tez jak kto woli – blackjacka. I przy całej swojej prostocie, równie wciąga i uruchamia żyłkę hazardzisty. Dodam jeszcze gwoli ścisłości uzupełnienie zasad, którego nie znajdziecie w pudełku – tajemnicze znaczki ostrzału w kształcie myśliwców Tie oznaczają liczbę kart, które musimy odrzucić, kiedy oddziały wroga dotrą do połowy planszy.

Mam złe przeczucia…

…bo albo rządzić galaktyką jest bardzo trudno, albo nie mam szczęścia. Nie przegraliśmy (wszyscy) około 1/5 wszystkich partii – w grze, która jednak nie jest kooperacją! Jest za to potwornie losowa. Nie zawsze uważam to za wadę, ale Rule the Galaxy, podobnie jak większość tego typu tytułów, zniechęca po pewnym czasie. Rozumiem, że może jestem niepoprawnym hazardzistą, ale odrzucanie całej dobranej puli kart zdarzało mi się tak często, że w końcu straciłem początkowy zapał. Zdecydowanie występuje też pewien problem z balansem i skalowalnością. Tak jak wspominałem, przy rozgrywce na 1 lub 2 graczy szturmowcy pojawiają się wolniej (co drugą turę), co jest dobrym rozwiązaniem. Brak jednak większego zniuansowania zasad i de facto grając solo lub w 3 osoby mamy znacznie trudniejsze zadanie, niż na 2 lub 4.

Rule the Galaxy jest pozycją mocno frustrującą, ale nie mogę jej odmówić pewnych zalet. Z pewnością nieźle wpasowuje się w ramy swojego gatunku – jest tytułem do wytłumaczenia w 2 i zagrania w 20 minut, a Gwiezdne Wojny w tytule i grafikach wpływają na lepszy odbiór całości (choć na pewno możnaby na wiele sposobów temat zmienić, nie oszukujmy się). Podoba mi się też to, w jaki sposób gra faktycznie wymusza na nas współpracę – łatwo nie jest i naprawdę czasem trzeba zdobyć jakąś niezbyt atrakcyjną płytkę, żeby uratować partię dla wszystkich. Jednocześnie pilnować swojego wyniku też warto, ale nie wydaje mi się to zbyt zależne od nas. Nie macie szczęścia – nie liczcie na zwycięstwo, zwłaszcza że tu temu szczęściu właściwie nie można dopomóc, można tylko szacować ryzyko. Ja to lubię… ale do pewnego stopnia.

Musisz się jeszcze wiele nauczyć, młody padawanie

Gry od Trefla bardzo często (poza serią Trefl Joker Line) są tytułami prostymi, skierowanymi raczej do masowego odbiorcy, niż do geeków. Nie inaczej jest z Rule the Galaxy – nie trzeba (a z pewnego punktu widzenia nawet nie należy) znać zbyt wielu innych, nowoczesnych gier, żeby rozegrać i czerpać pewną satysfakcję z partii. Z drugiej strony, znam parę innych gier z elementem push your luck, równie prostych i przyjemnych w odbiorze, a bardziej dopracowanych i dających więcej szans graczom. Choć nie ukrywam, że jeśli gra frustruje, to też znaczy, że wywołuje emocje W ramach przykłady dodam, że zagrałem partię z ogranym sześciolatkiem i na początku mu się podobało, ale po wyciągnięciu któregoś kolejnego ostrzału stracił zainteresowanie. I ja go rozumiem.

Podsumowanie Rule the Galaxy nie jest dla mnie łatwe. Mógłbym tu napisać, że jest to potwornie losowa gra z doczepionym na siłę tematem, trudna do wygrania, frustrująca i mało oryginalna. Dodam też jednak, że patrząc z drugiej strony, jest jednym z prostszych tytułów umiejętnie wprowadzających semikooperację; że jest niebrzydka i niedroga; że choć z przyklejonym tematem, to wciąż pozostaje Gwiezdnymi Wojnami; że polecam graczom z zacięciem do pewnego niegroźnego hazardu; itp., itd. Namotawszy zatem w głowach, wystawiam ocenę 2,5 i polecam się zainteresować, ale mocno zastanowić przed ewentualnym kupnem. I niech Los będzie z wami!

Plusy
  • Gwiezdne Wojny!
  • dreszczyk emocji
  • szybka, prosta, niewymagająca
  • potrafi wciągnąć (na trochę)
Minusy
  • losowość
  • niekompletna instrukcja
  • po pewnym czasie frustruje
  • …to nie musiały być Gwiezdne Wojny…

Ocena:  (2,5 / 5)

Grzegorz Szczepański

Dziękujemy wydawnictwu Trefl za przekazanie gry do recenzji.

Tę i wiele innych gier możesz kupić w dobrej cenie w sklepie naszego partnera – planszostrefa.pl.

Grzegorz Szczepanski

Grzegorz Szczepanski

Moje pierwsze (i w związku z tym wciąż darzone ogromnym sentymentem) gry to Scotland Yard i Osadnicy z Catanu. Wolę tytuły lekkie i średnie (Magnaci, Cyklady, Wysokie Napięcie), nie gardzę też dobrą kooperacją (Pandemia, Robinson, Ucieczka: Świątynia Zagłady).
Grzegorz Szczepanski

Latest posts by Grzegorz Szczepanski (see all)