GRAMY moim okiem.

Tradycją jest, że co roku pojawiam się na festiwalu „GRAMY” w Trójmieście. Raz, że mam relatywnie blisko, a dwa, że to największe tego rodzaju przedsięwzięcie w Polsce. Obecnie zyskujące nową formę, a mianowicie targów. Na miejscu, oprócz organizatorów, znalazły się więc miejsca na stoiska wydawców [pojawił się m.in. „Bard”, „Leonardo Games”, ale zabrakło m.in. „Galakty”, czy „Lacerty” – a szkoda]. Oczywiście największa sala, która imponowała rozmachem i ilością pracy jaką w nią włożono [ilość stolików!] zgromadziła taką liczbę ludzi, że kolejne osoby decydowały się na przeniesienie wyżej, do sali zarezerwowanej dla tytułów z tegorocznego Essen, albo wręcz bawiły się na podłodze

DZIEŃ 1

Lokalizacja wystrzałowa – łatwo trafić zważywszy na fakt, że Amber Expo mieściło się tuż obok stadionu PGE Arena. Trochę trudniej było zrealizować zakupiony wcześniej voucher, bo kolejki przed wejściem ustępowały chyba tylko trochę tym towarzyszącym premierom Apple’a. Trudno – swoje trzeba odstać.

Pierwsza sala do jakiej wkraczam, zdradza zamysł organizatorów. Targi to bowiem świetna okazja do rozwoju planszówkowej społeczności, która leży wszak w ich interesie. Rebel promuje swoją markę, ale też planszówki. Wzrost sprzedaży jest korzystny również dla nich zważywszy na fakt, iż są dystrybutorami wielu zagranicznych wydawców, a w swojej ofercie posiadają mnóstwo własnych tytułów. Analogiczna sytuacja ma prawdopodobnie miejsce w przypadku Trefla (wybaczcie analizę – takie zboczenie zawodowe :P).

Niemniej, gdzie nie spojrzę mnóstwo atrakcji oraz standów wydawców [czasem nie do końca z planszą związanych, bo należących do np. modelarzy, ale wszystko mieści się w przyjętej konwencji]. Główna sala mieściła się tuż za nimi. A w nim ogromny tłum i ogromny hałas. Przewijające się tu i ówdzie żółte koszulki, które dwoją się i troją przy pomocy wypijając przy tym litry rozdawanych promocyjnie red bulli.

Zaczęło się od spotkania z Łukaszem Woźniakiem, którego spotykam już chyba trzeci raz z rzędu. Dosiadam się do stołu przy którym gra w najnowszy tytuł Filipa Miłuńskiego, a mianowicie „Vampire Empire„. Z natury jestem ciekawski, więc pytania na temat rozgrywki uzupełniam zaglądaniem do instrukcji. Jeśli miałbym się wypowiadać na jej temat na podstawie tego co widziałem, to rzekłbym, że zapowiada się interesująco. Tytuł znalazł się na moim radarze i postanowiłem, że postaram się w to później zagrać. Nie zdążyłem. Udaliśmy się bowiem do sali z nowinkami przywiezionymi z tegorocznego Essen.

Na pierwszy ogień poszła „Snowdonia„. Worker placement traktujący o budowie torów w górach Walii. Wcześniej nic o niej nie wiedziałem. A teraz chcę jak najszybciej zapomnieć. Zasiadałem bowiem z nadzieją, że otrzymam pełnoprawnego przedstawiciela gatunku. Ale gra jest mechanicznie zepsuta. Wszystko za sprawą woreczka, z którego losujemy zasoby. Raz, że nie wiemy jakie mogą w danej turze się pojawić. Dwa, że możemy wylosować białe kostki, które uruchamiają ustalone z góry akcje. Dość powiedzieć, że Wookiemu dały w kość na tyle, że zrezygnował z dalszej rozgrywki. Naszej trójce pozostało już tylko patrzeć jak gra wykonuje akcje za nas, albo wręcz narzuca pewne działania ograniczając wszystkie pozostałe. Dobrze rokujący tytuł, za sprawą jednego tylko, zdaje się wciśniętego na siłę, mechanizmu, stracił wypracowane na początku zaufanie, bo nic nie zapowiadało takich sytuacji. Odeszliśmy od stołu z nadzieją, że trafimy na coś lepszego. Padło na …

Ginkgopolis.

Na ogół szybko łapię rządzące zabawą zasady. Tymczasem ta gra była dla mnie do połowy zabawy zagadką – nie wiedziałem jak optymalizować swoje ruchy, ani jaką strategię obrać. Co gorsza, nie była wcale nieintuicyjna. Wręcz przeciwnie, bo wszystkie akcje, co możecie zaobserwować na zdjęciu, są ładnie rozrysowane. Dopiero u progu zabawy mechanizmy zaczęły się dla mnie zazębiać. Szkoda, że tak późno odkryłem jej potencjał, bo właśnie wtedy poczułem, że kryje w sobie sporo strategii. Podsumuję: draft, tile placement, zbieranie punktów za posiadanie przewag i sprytne lokalizowanie kafli.

O grze wiedziałem wyłącznie tyle, że jest karcianą adaptacją gry należącej do nurtu kooperacyjnych z domieszką zdrajcy [ale zupełnie opcjonalnym]. Sądziłem, że transfuzja się powiedzie i pacjent przeżyje. Tymczasem umarł w butach.

W „Mafii”, czy „The Resisstance” potrafiono bardzo elegancko wdrożyć element gracza, którego zadaniem byłoby położyć grę. Tutaj ten element nie odgrywa istotnej roli, bo wystarczy, że do stołu zasiądą osoby o słabej pamięci. Tak, z klasycznej gry kooperacyjnej zrobili pamięciówkę. Unikam ich jak ognia, więc już w fazie tłumaczenia było to widać z wyrazu mojej twarzy. Jednak, aby oddać sprawiedliwość – mechanicznie całkiem ciekawie wybrnęli z zadania. Należy pamiętać o pojawiających się zagrożeniach, w jakiej ilości, liczbie i kolorze, tak, by zadanie zrealizować akurat wtedy, gdy będzie to możliwe. Tutaj przydaje się pamięć pozostałych osób i podział zadań, jednakże wszystko może popsuć Morgana, która modyfikuje reguły zabawy.

Ten dzień był wyczerpujący. Zdążyłem ograć jeszcze „Caylusa”, który stanowił miłą odskocznią od „Snowdonia” i wybiła godzina 18:00. Żółta koszulka poinformowała, że to już czas. Szkoda, ale z drugiej strony i tak sztucznie podtrzymywały mnie przy życiu wyłącznie red bulle.

DZIEŃ 2

Upłynął pod znakiem ogrywania gier, które świeże co prawda nie były, ale jakoś brakowało czasu, aby je sprawdzić. Kiedy już moje towarzystwo wybyło, postanowiłem, że jeszcze trochę się pokręcić. Pomogłem przy kilku stołach w ogarnięciu zasad [wszak je znałem, a nie lubię oglądać poirytowanych i zniecierpliwionych przebijających się przez instrukcje]. Ostatecznie wybrałem się na hale wystawową. Na dłużej zatrzymało mnie wydawnictwo „Leonardo Games”, bo na stole czekała gotowa do zagrania, przedprodukcyjna wersja gry „Letnisko„. Nowy tytuł Karola Madaja, twórcy „Kolejki”.

Autor pozostał w wadze lekkiej. Tłumaczenie zajmuje dosłownie kilka minut i nie pozostawia żadnych wątpliwości – to tytuł familijny, a jego targetem nie są pasjonaci, ale właśnie osoby, które grywają okazjonalnie. Nijak nie umniejsza to samej zabawie.

Ponownie wracamy do mechaniki worker placement. Posiadając określoną ilość akcji, będziemy kolejno wykonywali czynności takie jak inwestycje, czy pozyskiwanie gości. Za zarobione fundusze będziemy stawiali domki letniskowe, rozbudowywali istniejące, stawiali grunt pod kolejne, czy nabywali auta. Wszystko po to, by z nadjeżdżającego pociągu [świetnie oddającego ducha tych czasów] również za akcje zaklepywać najlepsze kąski. Studenci zadowolą się byle czym, ale wyjeżdżając zostawią również grosze. Z kolei bardziej wymagającym pieniędzy nie brakuje, ale nie bez powodu są właśnie wymagający.

Będziemy starali się więc optymalizować nasze działania tak, by do maksimum wykorzystać nasz ośrodek: nie pozostawiać wolnych pokoi, a przy tym starać się przyjmować wyłącznie tych z wypchanym portfelem. Na przeszkodzie ku temu stoją jednak pozostali gracze, którym przyświeca podobny cel. Zwycięży osoba, która na końcu gry będzie posiadał najwięcej pieniędzy, a także najbardziej wartościowe aktywa trwałe.

Losowość w normie – znaczną część rzeczy można przewidzieć i nie sposób zrzucić na nią winy za własną porażkę. Optymalizatorzy powinni zacierać już ręce, bo jest przy niej sporo liczenia. Mechanicznie jest dużo dojrzalsza od „Kolejki”, która osobiście jednak nie przypadła mi do gustu. Dlatego polecam, tym bardziej, że jeśli negocjacje z drukarnią dojdą do skutku, to dostaniemy ją za bardzo przyzwoitą cenę.

Tak właśnie upłynęło mi tegoroczne GRAMY. Do przeczytania w przyszłym roku!